— Przynajmniej komuś byłaś potrzebna.
— Nie potrzebujesz mojego syna, on ci życie zrujnuje.
— To nieprawda, Zofio Janówno. Dlaczego tak mówisz o Jacku? Przecież to twoje jedyne dziecko!
— Właśnie dlatego cię ostrzegam. Zbyt dobrze znam swojego syna, by wątpić w swoje słowa.
Zofia Janówna powoli wyszła z kuchni, a Dominika została przy stole w swojej nowej wieczorowej sukience. Założyła ją specjalnie, przyszła do sąsiadki, by pochwalić się zakupem, w którym chciała oczarować Jacka.
W syna sąsiadki Dominika była zakochana od lat. Uczucie zrodziło się w niej, gdy była jeszcze małą, naiwną dziewczynką, ale, jak się okazało, zdolną do głębokiego przywiązania.
Jacek był starszy od Dominiki o siedem lat. Miał siedemnaście, a ona dziesięć, gdy się pierwszy raz spotkali. Dominika z rodzicami przeprowadziła się do Lubomierza z sąsiedniej wsi, gdzie ojciec stracił pracę, a Zofia Janówna od lat mieszkała tu sama z synem.
— Bardzo porządna rodzina — powiedziała wieczorem matka Dominiki, wracając od Zofii.
Choć sąsiadka była starsza od matki Dominiki o piętnaście lat, między kobietami zawiązała się przyjaźń, a Dominika i Jacek zaczęli się częściej widywać.
Rok po poznaniu Jacek wyjechał na studia do Krakowa, a Dominika została z rodzicami, nie zapominając o Jacku i regularnie odwiedzając Zofię.
Tuż po ukończeniu studiów Jacek się ożenił, co było ciosem dla zakochanj Dominiki. Do końca nie chciała uwierzyć, że Jacek znalazł prawdziwą miłość, była przekonana, że małżeństwo to na zawsze. Jej rodzice byli razem prawie dwadzieścia lat, dziadkowie też żyli razem aż do śmierci, nawet Zofia opowiadała, że z ojcem Jacka była w związku aż do jego zaginięcia w strefie konfliktu.
— Nawet nie przedstawił mi swojej żony — poskarżyła się Zofia, odwiedzając rodziców Dominiki. — Jakaś miejska dziewczyna, zadufana w sobie.
— To pojedź sama do nich — poradziła matka Dominiki. — Poznaj synową, zobacz, jak syn żyje.
Zofia tylko machnęła ręką:
— Po co? Jeśli Jacek mnie nie zaprosił na wesele, to znaczy, że tak miało być. Nie muszę znać jego żony. Nie pojadę.
Dominika żałowała Zofii, ale najbardziej martwiła się, że Jacek nigdy nie wróci do Lubomierza. Jednak niewiele ponad rok po ślubie Jacka, wrócił do wsi z niewielkim dobytkiem.
— Sójka wrócił — powiedziała matka Dominiki, wracając z pracy.
Dziewczyna zerwała się z miejsca, prawie przewracając matkę, i pobiegła do domu Zofii. Na podwórku wpadła na Jacka, który właśnie wyszedł zapalić.
— O, Dominisia! — zawołał, błyskając okiem.
Dziewczyna zauważyła, jak bardzo się zmienił: stał się dorosłym mężczyzną. Z brodą, z siwizną na skroniach, choć ledwo skończył dwadzieścia pięć lat.
— Cześć, Jacek — powiedziała łagodnie, powstrzymując chęć dotknięcia jego twarzy. — Wróciłeś?
Spojrzał na nią obojętnie i wzruszył ramionami:
— Nie wiem, zobaczymy. Rozwiodłem się, musiałem wrócić do matki. Mieszkałem u teściów, a potem zaczęło się: to nie tak, tamto nie tak. Wkurzyła mnie na maksa.
Dominika wpatrywała się w Jacka, myśląc, jak ta kobieta mogła uznać go za złego? Przecież on jest wspaniały! Tak piękny, dobry, mądry! Pewnie coś było nie tak z tą miejską lalą, nie bez powodu Zofia nie chciała jej poznać.
— Może pójdziemy do kina? — zaproponowała, ale Jacek zaprzeczył głową.
— Nie, nie chce mi się. Mam masę roboty, matka mnie zaprzągła.
Dominika zasmuciła się, ale nie okazała tego. Dla niej ważne było, że Jacek był blisko: oddychał tym samym powietrzem, rozmawiał, pytał, jak się miewa. Może kiedyś zrozumie, że Dominika to ta jedyna?
Zofia nie cieszyła się z powrotu syna. Próbowała go zatrudnić w spółdzielni, jeździła do miasta, by znaleźć mu pracę, ale Jackowi nic się nie podobało.
— Zmęczyłam się jego wiecznym narzekaniem — zwierzyła się Dominice. — Teraz rozumiem, dlaczego się rozwiódł. Problem nie był w niej, tylko w moim synu.
— To nieprawda! — oburzyła się Dominika. — Jacek jest dobry, po prostu go nie rozumiesz!
Zofia tylko się uśmiechnęła:
— Oczywiście, ja nie znam własnego dziecka! Tak samo egoistyczny jak jego ojciec!
Zofia zamilkła, spuszczając wzrok. Dominika chciała coś odpowiedzieć, ale powstrzymała się — sąsiadka wyglądała zbyt smutno.
Nie znalazłszy pracy, Jacek wyjechał z Lubomierza po kilku miesiącach, nawet się nie żegnając. Dominika znów cierpiała, płakała i wspominała go jako najlepszego człowieka w swoim życiu.
Potem zdarzyła się tragedia: rodzice Dominiki zginęli w wypadku. Miała ledwie osiemnaście lat, miała iść na studia, ale nie zdążyła. Gdyby nie pomoc Zofii, pewnie by sobie nie poradziła.
Jacek przyjechał na pogrzeb, ale nie sam. Towarzyszyła mu szczupła blondynka, patrząca na niego z zauroczeniem, a Dominika, tłumiąc gorycz, zrozumiała, że ukochany znów nie jest sam.
O ślubie Jacka dowiedziała się dwa tygodnie później. Zofia wspomniała o tym mimochodem, a dla Dominiki to był grom z jasnego nieba. Kochała go dalej, ale nadzieja na wspólne życie zniknęła.
Po śmierci rodziców Dominika została w Lubomierzu, pracując w spółdzielni jako drobiarka. Nie poszła na studia, powoli wychodząc z depresji i ucząc się życia bez rodziny i bez Jacka.
Przed samym Nowym Rokiem Zofia powiedziała jej, że Jacek przyjedzie.
— Z żoną? — spytała Dominika, niemal pewna odpowiedzi.
— Nie, sam — uśmiechnęła się sąsiadka. — Czy przyjechałby tu, gdyby wszystko u niego grało?
Serce Dominiki zabiło mocniej. Wreszcie! Jacek będzie blisko, a ona powie mu wszystko, co czuje.
— Na darmo go tak wyczekujesz — ostrzegła Zofia.
Dominika, która już kupiła nową sukienkę, zdębiała.
— Dlaczego? Zofio, bardzo go cenię…
— Zbyt mocno — odparła. — On na to nie zasługuje.
Ton Zofii był tak gorzki, że Dominika nie spytała o więcej. W milczeniu kupiła sukienkę i pokazała ją ZDominika spojrzała na małą Olę śpiącą w kołysce, a potem na męża, który właśnie wrócił z pracy, i zrozumiała, że prawdziwe szczęście nie polega na ściganiu tego, co niemożliwe, ale na docenianiu tego, co już się ma.



