**Dom dla Nadziei**
Od zawsze podziwiałem starszego brata i brałem z niego przykład. Jako dziecko jadłem tylko to, co jadł Marek, nawet jeśli mi nie smakowało. Gdy wychodził na dwór bez czapki, ja też zrobiłem to samo. Mama nakazywała mu natychmiast założyć nakrycie głowy, bo przecież ja mogłem się przeziębić.
Między nami było sześć lat różnicy, ale dla mnie to była cała przepaść. Czemu mama nie urodziła mnie choć dwa lata wcześniej? Marek wychodził z kolegami, a mnie nigdy nie zabierał.
— Nie jestem twoją nianią. Chłopaki będą się ze mnie śmiać — mówił z wyższością.
Zaczynałem wtedy ryczeć.
— Przestań! Albo nigdy więcej nie narysuję ci nic.
I w mgnieniu oka milkłem, jakby ktoś wyłączył mi głos.
Marek świetnie rysował. Z zachwytem patrzyłem, jak jego ołówek sunie po kartce. Próbowałem naśladować, ale wychodziły mi tylko bazgroły. Wtedy siadał obok i cierpliwie tłumaczył, jak trzymać ołówek, z jaką siłą przyciskać. Te chwile były dla mnie najszczęśliwsze.
Oczywiście, kłóciliśmy się, a nawet bili. Często dostawałem od niego po głowie. Z bezsilności mściłem się: chowałem jego przybory, domalowywałem wąsy do portretów w szkicowniku. On w odpowiedzi nazywał mnie „malcem” i „szczeniakiem”, czego nienawidziłem.
Pewnego dnia jednak zabrał mnie do parku, gdzie spotykali się chłopcy z okolicznych bloków. Chowali się za krzakami i kradkiem palili.
— Jeśli powiesz rodzicom, połamię ci nogi — warknął, spluwając przez zęby.
I wiedziałem, że nie żartuje. Nawet gdy dostawałem od niego lanie, nigdy się nie skarżyłem.
W szkole nikt nie zaczepiał mnie, bo wiedzieli, że jestem bratem Marka. Nie był typowym chuliganem, ale bali się go. Trenował zapasy i potrafił bić się do krwi. Mało kto mógł z nim wygrać.
Namówiłem mamę, aby zapisała mnie na te same zajęcia. Ale, tak jak z rysowaniem, nic mi nie wychodziło. Nie lubiłem walk. W końcu odpuściłem, pogodzony z myślą, że nigdy go nie dorównam. Przestałem się starać być jak on i rzuciłem się w wir nauki. Tam okazałem się lepszy.
Marek świetnie władał pięściami, ale w szkole ledwo ciągnął. Po maturze poszedł na budownictwo do politechniki. Na jego rysunkach coraz częściej pojawiała się ta sama dziewczyna. Nic specjalnego, moim zdaniem.
Teraz miał swoje studenckie życie, w którym nie było miejsca dla mnie. Wracał późno, zamyślony, często milczał przez cały wieczór.
Pewnego dnia znalazłem w jego notatniku kartkę z wierszem. Od razu wiedziałem, komu go poświęcił — tej dziewczynie z rysunków.
— Mogłeś znaleźć sobie ładniejszą — rzuciłem podczas rozmowy. — Na przykład taką jak Ola Kowalska. Najładniejsza w klasie, no i w całej szkole. Takie powinno się rysować, takim pisać wiersze. — Powiedziałem nawet jedną linijkę z jego utworu.
Nie zorientowałem się nawet, kiedy uderzył. Ocknąłem się na podłodze, z policzkiem płonącym jak po dotknięciu rozżarzonego żelaza.
— Co to ma znaczyć? Znowu się biłeś? — Mama przy kolacji wpatrywała się w mój siniejący policzek.
Marek tylko prychnął i dalej zajadał mielone z makaronem, jakby nigdy nic.
— Poślizgnąłem się i uderzyłem o krawężnik — wykrztusiłem przez zęby. Mówienie bolało.
Mama spojrzała na starszego syna surowo. On wzruszył ramionami. Wyjęła z lodówki zamrożone mięso, owinęła w ścierkę i podała mi.
— Przykładaj.
Na piątym roku Marek oznajmił, że bierze ślub i w weekend przyprowadzi narzeczoną.
— Cha, pan młody! — zaśmiałem się.
— Masz coś przeciwko? — warknął, patrząc na mnie tak, że od razu przypomniałem sobie tamten cios.
— Nie, po prostu się cieszę. Chyba nie będziecie tu mieszkać, prawda? Więc pokój będzie tylko mój. W końcu przestanę słyszeć twoje chrapanie!
Marek się rozluźnił, poklepał mnie po ramieniu.
— Nie zmienię zdania. Masz szczęście, braciszku.
Nadia okazała się uroczą dziewczyną o jasnobrązowych oczach, zadartym nosku i falowanych, ciemnoblond włosach. Czuć od niej było wiosnę.
Mocno trzymała Marka za rękę, śmiało odpowiadała na pytania rodziców. Widać było, że jest w nim szaleńczo zakochana. Zazdrościłem. Bo dla mnie Marek był najlepszym bratem. A ta Nadia…
Przy stole przyglądałem się jej ukradkiem. I coraz bardziej mi się podobała.
— Nie gap się tak na dziewczynę brata — upomniała mnie mama, gdy Marek wyszedł odprowadzać Nadię.
— Jakbym nie mógł znaleźć sobie lepszej! — odparłem z przekąsem.
Po ślubie Marek wprowadził się do Nadi i jej matki. Rzadko wpadał do domu. Jakby od razu stał się dorosły. Po studiach dostał pracę w największej firmie budowlanej w mieście. Rok później urodził się im syn. W małym mieszkaniu zrobiło się ciasno, więc Marek zaczął budować dom. Sam projektował, sam kierował pracami. Koledzy pomagali. Ojciec wspierał go finansowo.
Ja w tym czasie skończyłem szkołę i po raz pierwszy nie poszedłem w jego ślady — dostałem się na prawo. Z wyższością mówiłem, że budowlanka to zajęcie dla nieudaczników, a mądrzy ludzie powinni pracować głową, nie rękami.
Pewnego dnia mama wysłała mnie z ubraniami dla rosnącego siostrzeńca. Nadia zaokrągliła się, stała się jeszcze piękniejsza. Zaczerwieniłem się, bełkocząc coś, gdy wręczałem jej paczkę.
— Wejdź. — Zaczepiła mnie za rękę, wciągając do przedpokoju. — Marek wyjechał w delegację, a w łazience zerwała się linka. Naprawisz? Bo wróci dopiero za trzy dni, a ja nie mam gdzie suszyć ubrań.
Naprawiłem. Potem wzięła ode mnie Krzysia i zaczęła szykować kolację. Chłopiec długo mi się przyglądał, a potem przytulił. Serce mi zmiękło. Tak przyjemnie było trzymać go na rękach, patrzeć, jak Nadia krząta się w kuchni.
Po raz pierwszy spojrzałem na nią inaczej — oczami Marka. I przepadłem. Od tamtej pory śniła mi się. We śnie spacerowaliśmy we trójkę nad stawem, karmiliśmy kaczki…
Oczywiście, spotykałem sięPo latach zrozumiałem, że miłość czasem przychodzi tam, gdzie się jej najmniej spodziewamy, a dom, który zbudował Marek, stał się naszym wspólnym szczęściem.



