**Niespodziewanie zamężna**
Biegałam po galerii handlowej z torbami pełnymi zakupów, mijając ludzi na schodach ruchomych, przeklinając w duchu swojego niezdecydowanego chłopaka, Krzysztofa, który nie miał samochodu, żeby mnie odebrać i zawieźć do domu z tym całym ciężarem. Musiałam zamówić taksówkę przez aplikację. I oczywiście, jak na złość, auto przydzielono natychmiast. Złapałam torby i w szpilkach pognałam przez całe centrum na parking.
Byłam wściekła. Nie dość, że nikt mnie nie odebrał, to jeszcze te cholernie drogie skórzane buty obtarły mi nogę.
— Dziewczyno, uważaj! — oburzyła się kobieta na ruchomych schodach, którą zahaczyłam torbą o głowę.
— Trzeba patrzeć przed siebie, a nie w chmury! — odburknęłam nawet się nie odwracając.
— Chamka! — wycedziła obrażona kobieta, ale miałam jej opinię głęboko w nosie.
Gdy wreszcie wpadłam na parking, spojrzałam na numer taksówki — kierowca już anulował zamówienie, a cena podskoczyła prawie dwukrotnie. Z wściekłością odwołałam przejazd, schowałam telefon do kieszeni i rozejrzałam się. Niedaleko stała wolna ławka. Rzuciłam na nią wszystkie torby i sama ostentacyjnie na nią opadłam, zdejmując jeden z tych idiotycznych butów.
— Boże! Wszystko dziś przeciwko mnie! — zaklęłam, odsuwając nerwowo jedną z siatek, która z żalem opadła na ławkę, gubiąc paragon.
Przechyliłam się do tyłu i zamknęłam oczy. Ostatnio miałam wrażenie, że życie specjalnie robi mi na złość…
***
Zawsze marzyłam o więcej i nie godziłam się na półśrodki. Jeśli telefon, to najnowszy model. Jeśli manicure albo farbowanie włosów, to tylko w najlepszym salonie. Jeśli buty, to najdroższe. Podobne zasady stosowałam w przypadku mężczyzn. Niestety, pechowo trafiali mi się sami „niedoinwestowani” — starsi, grubi, łysi, głupi, biedni albo leniwi. Przerzucałam ich długo, ale nigdy nie znalazłam kogoś, kto spełniałby moje wymagania.
— Doczekasz się, że zostaniesz sama — mawiała czasem mama. — Mężczyzna wartościowy jest przez czyny, nie przez twarz i portfel.
— No tak, w nocy będę się zachwycać jego czynami? A poza tym, żeby robić „piękne czyny”, też potrzebne są pieniądze — ripostowałam.
Mama nie znajdowała odpowiedzi. Wzdychała tylko. Zawsze miałam gotową replikę na wszystko, jakbym ukończyła kursy retoryki, choć pracowałam tylko jako recepcjonistka w restauracji. To właśnie tam, trzy lata temu, zaczęło się moje pragnienie „więcej”. Obserwowałam panie w futrach, przyprowadzane na kolacje przez zamożnych adoratorów. Pomyślałam: *A czemu ja nie zasługuję na takie życie?*
Tyle że życie miało dla mnie inne plany. Bogaci panowie jakoś mnie nie dostrzegali. Coś w moim zachowaniu zdradzało zwykłą dziewczynę z prowincji, z przeciętnym wykształceniem i przeciętną rodziną. A ja marzyłam o kimś wpływowym, z wysoką pozycją, luksusowym autem i garniturami szytymi na miarę.
Minęły lata, faceci się zmieniali, a ideał nie nadchodził. W końcu uległam, gdy zaczął się mną interesować Krzysztof. Bankowy urzędnik, cztery lata starszy, ze stabilną, ale przeciętną pensją. Wygląd miał zwyczajny — jasne włosy, szare oczy, 175 cm wzrostu, ani sportowy, ani rozlazły. Ale miał duże, dwupokojowe mieszkanie na kredyt… Samochodu jednak nie posiadał, bo uważał, że w mieście z tak dobrą komunikacją to zbędny luksus.
Był niezwykle miły, ale uparty. Długo się o mnie starał — kwiaty w pracy, randki. Po trzech miesiącach, pod wpływem matki, uległam.
— Dobry chłop, dba o ciebie, kocha — namawiała mnie. — Lepiej wróbel w garści niż gołąb na dachu.
Więc, chociaż zgrzytając zębami, zgodziłam się na ten związek. Ale w sumie żyło mi się z Krzysztofem całkiem nieźle. Był troskliwy i opiekuńczy. Finansował moje zachcianki, zabierał na wakacje (choć nie do pięciogwiazdkowych hoteli i ekonomiczną klasą), gotował kolacje, przynosił kawę do łóżka, regularnie wysyłał na zakupy z koleżankami. I miał poważne plany, by się oświadczyć.
Minął prawie rok. Przyzwyczaiłam się. Ale nie przestałam marzyć. Za to nie miałam oporów, by narzekać przed przyjaciółkami, że Krzysiek nie spełnia moich oczekiwań. Chociaż… może to i grzech było narzekać…
***
— Dlaczego wszyscy przeciwko tobie? Ja na pewno nie jestem — usłyszałam cichy głos tuż nad uchem.
Podskoczyłam, otworzyłam oczy i odwróciłam się. Za ławką stał Arek. Kiedyś, jeszcze w technikum, próbował się mną interesować, ale wtedy ostro go odstawiłam na oczach całej klasy.
Przez chwilę nawet go nie poznałam. Zamiast nieśmiałego, chudego nastolatka z trądzikiem stał przede mną przystojny brunet z modną fryzurą, delikatnym zarostem, szerokimi ramionami i skórzaną kurtką.
— Hej, no proszę… — uśmiechnęłam się zdumiona. — Zmieniłeś się. Dawno się nie widzieliśmy.
— Bardzo dawno — przytaknął. — Ale ja cię od razu poznałem. Co się stało? Siedzisz tu sama, z kupą toreb i miną jak na pogrzebie.
Niepewnie wzruszyłam ramionami i opowiedziałam mu o swoich nieszczęściach. Oczywiście pomijając temat Krzysztofa.
— Słuchaj, może cię podwiozę? — zaproponował Arek. — Auto stoi niedaleko.
Podążyłam za jego spojrzeniem i zobaczyłam lśniącego, czarnego SUV-a. Natychmiast przytaknęłam i wymownie potarłam obolałą stopę. W minutę pomógł mi wsiąść do auta, podtrzymując pod ramię, a potem ułożył moje torby na tylnym siedzeniu. Podczas jazdy rozmawialiśmy.
— Zdradzisz, co się stało z tamtym nieśmiałym chłopakiem? — zapytałam prawie purZanim skończył odpowiadać, w jego telefonie rozległ się dzwonek — na wyświetlaczu widniało słowo “Żona”.



