**Dziennik Pamiętniczy – Wpis 12.03.2023**
„Pomyślałby ktoś, wybuchła” – „Komu ty w ogóle jesteś potrzebna, stara jędzo? Wszystkim tylko ciąży**Dziennik Pamiętniczy – Wpis 12.03.2023**
„Pomyślałby ktoś, wybuchła” – „Komu ty w ogóle jesteś potrzebna, stara jędzo? Wszystkim tylko ciążysz, śmierdzisz, a gdyby ode mnie zależało, dawno by cię… Ale cóż, muszę cię tolerować. Nienawidzę tego!”
Zuzanna omal nie zakrztusiła się herbatą. Dopiero co rozmawiała przez wideorozmowę z babcią, Wandą Kazimierą, która na chwilę wyszła z pokoju.
– Zaraz wracam, słoneczko – powiedziała, wstając z trudem z fotela i kierując się w stronę korytarza.
Telefon leżał na stole – kamera i mikrofon były włączone. Tymczasem Zuzanna przełączyła ekran na komputer. I wtedy… usłyszała *to*. Głos z korytarza.
Pomyślała, że się jej wydawało. Gdyby nie spojrzała na telefon, pewnie by w to uwierzyła. Ale na ekranie pojawiły się obce ręce, potem bok, a w końcu – twarz.
Aneta. Żona brata. Tak, to był jej głos.
Kobieta podeszła do łóżka babci, uniosła poduszkę, potem prześcieradło, sięgnęła ręką pod materac.
– Siedzi tu, herbatkę sobie pija… Żeby już wreszcie zdechła, słowo daję. Po co się męczyć? I tak z ciebie zero pożytku, tylko powietrze marnujesz i metry zajmujesz – mamrotała synowa.
Zuzanna znieruchomiała. Na kilka sekund zapomniała oddychać.
Aneta wyszła, nie zauważywszy kamery. Kilka minut później wróciła babcia. Uśmiechnęła się, ale ten uśmiech nie sięgnął jej oczu.
– No i jestem. A tak w ogóle, nie pytałam – jak tam w pracy? Wszystko gra? – zagadnęła, jakby nic się nie stało.
Zuzanna skinęła głową. Wciąż próbowała ogarnąć to, co usłyszała, choć w środku gotowała się, by natychmiast wyrzucić tę bezczelną kobietę za drzwi.
Wanda Kazimiera zawsze była dla niej twardą kobietą. Nie podnosiła głosu, ale miała w sobie tę nauczycielską stanowczość, którą szlifowała przez czterdzieści lat, ucząc polskiego. Uwielbiali ją uczniowie – potrafiła ożywić nawet najnudniejszą lekturę.
Kiedy zmarł dziadek, nie załamała się, ale jej dawna duma zmieniła się w delikatny przygarb. Coraz rzadziej wychodziła, częściej chorowała. Uśmiech nie był już tak szeroki, ale wciąż trzymała się dzielnie. Uważała, że każdy wiek ma swój urok, i starała się cieszyć życiem.
Zuzanna zawsze kochała babcię za to, że przy niej czuła się bezpiecznie. Żaden problem nie był straszny – babcia wszystko umiała rozwiązać. Kiedyś oddała wnukowi domek letniskowy, by mógł opłacić studia, a wnuczce – ostatnie oszczędności na wkład własny do mieszkania.
Gdy jej brat, Krzysiek, po ślubie narzekał na drogi wynajem, babcia sama zaproponowała pokój. – Mamy trzypokojowe, miejsca wystarczy, a przy okazji będzie komu pomóc, gdyby coś się stało. Wiesz, ciśnienie, cukier…
– I tak mi samotnie smutno. A wam, młodym, pomoc się przyda – mówiła z entuzjazmem.
Od Krzyska oczekiwano opieki, a Zuzanna pomagała babci z zakupami, lekami i rachunkami. Zarabiała dobrze, a sumienie nie pozwalało jej stać z boku. Czasem dawała gotówkę, czasem przelewała pieniądze, a czasem, znając babcię i jej nawyk, by zawsze coś odłożyć, przywoziła jedzenie sama. Kupowała ryby, mięso, nabiał, owoce – wszystko, co potrzebne do zdrowej diety.
– To twoje zdrowie, zwłaszcza z twoją cukrzycą – powtarzała.
Babcia dziękowała, lecz unikała wzroku. Jakby wstydziła się „zawracać głowy”.
Aneta od początku wydawała się Zuzannie podejrzana. Miękka mowa, przesadna uprzejmość, a w oczach – chłód. Oceniające spojrzenie, bez ciepła czy szacunku. Ale Zuzanna się nie wtrącała. To nie jej sprawa. Tylko pytała babcię, czy wszystko w porządku.
– Wszystko gra, kochanie – zapewniała Wanda. – Aneta gotuje, sprząta. Młoda jeszcze, no ale co tam. Doświadczenie przyjdzie z czasem.
Teraz Zuzanna wiedziała: to było kłamstwo. Na ludzi Aneta była cichutką owieczką. Ale gdy nie było świadków…
– Babciu, słyszałam wszystko… Co to było?
Babcia zastygła na moment, jakby niedosłyszała, po czym spuściła wzrok.
– To nic, Zuzanno – westchnęła Wanda. – Aneta jest zmęczona. Oni teraz mają trudny okres, Krzysiek ciągle na wyjazdach. No i się wyżywa.
Zuzanna, zmrużywszy oczy, patrzyła na babcię jak na kogoś obcego. Widziała każdą nową zmarszczkę, zauważyła, że w jej spojrzeniu nie ma już dawnej energii. Upartość – tak. Zmęczenie – też. Ale pojawiło się coś nowego. Strach.
– Wyżywa się? Babciu, ty w ogóle słyszałaś, co ona do ciebie mówiła? To nie jest wyżycie. To…
– Zuzanno… – przerwała Wanda Kazimiera. – Nie jest mi trudno znieść. No pomyślałby ktoś, wybuchła. Młoda jest, impulsywna. A ja już stara. Nie potrzebuję wiele.
– Dobrze. Babciu. Nie rób ze mnie idiotki – nie wytrzymała Zuzanna. – Albo mówisz mi prawdę, od razu, albo wsiadam do auta i jadę do ciebie. Wybieraj.
Babcia zamilkła na chwilę. Potem ciężko westchnęła, opuściła ramiona i poprawiła okulary. Iluzja pękła. Teraz patrzyła na nią nie silna, ale przestraszona staruszka.
– Nie chciałam mówić – zaczęła. – Ty masz swoje sprawy, pracę. Po co ci te dramaty? Myślałam, że się jakoś ułoży…
Okazało się, że historia z Anetą jest dłuższa i brudniejsza, niż Zuzanna przypuszczała.
Młodzi wprowadzili się do Wandy z wielkimi walizami i planami, by w pół roku zebrać na mieszkanie. Babcia początkowo się cieszyła. W domu znowu było gwarno: rano słychać było kroki, w kuchni ciągle ktoś gotował. Rozmowy, śmiech, choć trochę wymuszone. Aneta starała się na początku: piekła ciasta, podawała babci herbatę, nawet kilka razy zabrała ją do przychodni.
Ale gdy Krzysiek wyjechał, wszystko się zmieniło.
– Najpierw stała się po prostu nerwowa – opowiadała Wanda. – Myślałam, że to przez Krzyska. Potem zaczęła zabierać jedzenie dla siebie– Mówiła, że i tak kupujesz za dużo, że jej się bardziej przyda, że musi dbać o siebie, bo może zajść w ciążę – wzruszyła ramionami babcia – a ja? Mnie i tak niewiele trzeba, schudnę trochę, nawet lepiej.



