Gdy dzieci dorosły, a ona nareszcie odeszła – skarżył się szary mężczyzna w kapeluszu przy szachownicy.

—Dorastaliśmy dzieci, a jak tylko poszła na emeryturę, uciekła ode mnie, wyobrażasz sobie?! — żalił się siwy mężczyzna w kapeluszu swojemu partnerowi do gry w szachy.

Jesień dopiero zaczynała rozsypywać złote liście na podwórku. Pogoda była przepiękna, oddychało się lekko i swobodnie.

Jak to zwykle bywało, latem emeryci spędzali całe dnie w parku niedaleko bloku.

Znaleźli sobie ustronny zakątek z trzema ławkami i spotykali się tam każdego lata, gdy tylko upał ustępował.

Dobra tradycja nie zniknęła wraz z nadejściem chłodów. Staruszkowie wciąż wychodzili przed blok, by posiedzieć na ławkach.

—A może to nie ona wina, tylko twoja? — zaśmiał się szachowy przeciwnik. — Od dobrego męża nie uciekają.

Kazimierz sam kilka lat temu przeżył podobną sytuację, więc wiedział, gdzie można szukać przyczyn tej ucieczki.

Siwy mężczyzna w kapeluszu podniósł na niego oczy tego samego koloru co włosy i uśmiechnął się.

—Szach i mat, Kaziu. A co do żony — zrobiła mi to na złość! Wie, że bez niej sobie nie poradzę, więc specjalnie tak postąpiła, żebym się przekonał.

Przed wyjściem powiedziała wprost:

—Mam już dość, Stanisławie, obsługiwania cię! Nic sam nie umiesz, więc odchodzę, żebyś zrozumiał, co to znaczy.

Nawet nie powiedziała, dokąd idzie…

—No i jak ci teraz, Stachu? — spytał Kazimierz, przywołując własne wspomnienia.

—Źle… A raczej smutno! Chciałem pierwszego dnia pohulać z radości. Nawet wódeczkę kupiłem… Przyniosłem, do lodówki schowałem, ale wyjąć nie mogłem.

Nikt nie krzyczy, że nie wolno, żebyś sobie nie myślał. Wokół cisza. I od razu przestało mi się chcieć. Takie pustki od razu mnie ogarnęły…

Kazimierz roześmiał się. Rozumiał Stanisława. Sam przez to przeszedł. Dokładnie tak, jak opisywał.

Stanisław zamyślił się, wpatrując w szachownicę.

Mężczyźni stojący wokół obserwowali sytuację z mieszaniną emocji — jedni z niepokojem, inni ze współczuciem.

Nikt w ich wieku nie chciał zostać sam.

Choć w codzienności zdarzały się trudne chwile, przecież druga połówka była po to, by dopełniać życie.

—Zadzwoń do niej, powiedz, że zrozumiałeś, żałujesz — zaproponował nieco młodszy mężczyzna.

Stanisław machnął ręką:

—Kto ją tam zrozumie, czego jej trzeba?!

—Pamiętam, jak będąc mały, pasłem kozy na łące — nagle odezwał się sąsiad z piątego piętra. — Jeśli któraś uciekała, to wabiłem ją marchewką. Może i ty swoją zwabisz? Reszta się ułoży…

—Czym ją zwabić?! — zaśmiał się Stanisław. — Wszystko już ma, to nie może być byle co…

—A może ja zadzwonię, powiem, że już piąty raz do ciebie pukałem, a nikt nie otwiera? — zaproponował sąsiad z klatki.

—O, właśnie! — ożywił się Stanisław. — Wróci, przybiegnie od razu, pomyśli, że coś się stało. A ja tu — kwiaty, tort!

Na tym mężczyźni się rozeszli…

…Następnego dnia, zgodnie z umową, sąsiad Janek zadzwonił do żony Stanisława i powiedział, że od dawna go nie widział, a drzwi są zamknięte. Może coś się stało, niech przyjeżdża…

Stanisław tymczasem nie tracił czasu. Od rana biegał po sklepach — kupił słodkości, w kwiaciarni wziął trzy goździki i pognał do domu.

—Uff, narobiłem się… — pomyślał Stanisław.

Uznał jednak, że w dresach przepraszanie nie wypada.

Przebrał się w szary garnitur, który żona kupiła mu na pogrzeb, i zaczął nakrywać do stołu.

Wszystko przygotował — w lodówce czekał tort i wino, w czajniku wrzała woda. Siedział i czekał.

Gorąco w garniturze, ale zdjąć nie wolno — przecież musi się pokazać przed Jadzią w pełnej krasie!

Biegał do okna raz za razem, ale żony wciąż nie było.

W końcu postanowił wyjść na powitanie z kwiatami. Wziął goździki — jeden akurat się złamał, jak na złość.

Nalał sobie kieliszek, łyknął dla otuchy.

Tak przesiedział godzinę z kwiatami w rękach, aż sen zaczął go kleić w powieki.

Postanowił, że usłyszy, gdy żona wejdzie, więc położył się ostrożnie, by nie zmiąć garnituru.

Kwiaty przycisnął do piersi, żeby potem nie szukać w panice…

…Jadzia wróciła późnym wieczorem. Z drugiego miasta, od siostry — pięć godzin pociągiem, potem taksówką.

Pod blokiem spojrzała — w jej oknach ciemno!

Zaniepokojona wpadła do klatki.

Ostrożnie otworzyła drzwi kluczami, weszła do środka. Cisza… Nie słychać Stanisława…

—O Boże, czyżby coś mu się stało? — pomyślała.

Włączyła światło w przedpokoju, weszła do salonu.

Gdy zobaczyła, co leży na kanapie, niemal osunęła się na kolana!

Stanisław… W garniturze… Zwiędłe goździki zaciśnięte w dłoniach…

Klękła przed nim, głowę pochyliła, a po chwili łzy same polały się po policzkach.

—Jadziu! Wróciłaś! — uśmiechnął się Stanisław, podając jej kwiaty.

—Żyjesz?! — krzyknęła Jadzia. — Urządzasz sobie pohulanki, co?! Wiedziałam, że nie można cię zostawić nawet na tydzień!

Wciąż krzyczała, a Stanisław siedział na kanapie i tylko się uśmiechał.

—Jak dobrze… — myślał. — Wróciła moja uciekinierka. Zwabiłem ją jak tę kozę…

—Siedzi i się śmieje! — nie przestawała żona. — Ja ci pokażę!

—Ależ ja cię kocham, Jadziu… Tak bardzo, że już nie puszczę — powiedział spokojnie.

Jadzia na te słowa przestała krzyczeć.

—Przez ten tydzień wszystko zrozumiałem… Nie zostawiaj mnie… Zrobię, co zechcesz…

—I nie będziesz hulał?

—A i tak nie hulałem, jak cię nie było. Tylko łyknąłem teraz dla odwagi.

—No dobrze… — Jadzia weszła do kuchni, włączyła światło.

—Ach… Och… — dobiegało stamtąd.

—Dobra marchewkaStanisław uśmiechnął się pod nosem, wiedząc, że jego “marchewka” — nakryty stół i tort — już zrobiły swoje, a Jadzia nigdy więcej nie ucieknie.

Rate article
Fajna Tajna
Gdy dzieci dorosły, a ona nareszcie odeszła – skarżył się szary mężczyzna w kapeluszu przy szachownicy.