*Dzisiaj w moim dzienniku…*
To już piąta kałuża dzisiaj. Zirytowana, szorąłam płytki, gdy wybuchłam:
— Serio, ten pies jest dla ciebie ważniejszy niż dzieci?!
Dywan na kuchni dawno wylądował w śmietniku. Po tygodniach bezskutecznej walki z „pomocnikami” ze sklepu, poddała się i wyrzuciła go.
Ale nie chodziło tylko o dywan. Mąż otworzył puszkę kukurydzy, wysypał do miseczki, a brudne naczynia zostawił w zlewie. Na stole – okruchy, kubek z resztkami kawy i otwarty słoik dżemu z zatopioną łyżką. A na podłodze – porozrywana poduszka i kawałki pluszowego dinozaura.
A sprzątać, rzecz jasna, miała Jadwiga.
— Nie krzycz — mruknął Krzysztof, grzebiąc w lodówce. — To tylko pies. Jeszcze się przyzwyczai.
Wyprostowałam się. W moich oczach odbijało się podrażnienie, które narastało od tygodni. Zmrużyłam oczy i wcisnęłam mu mokrą wypełnioną ścierkę.
— Świetnie. Więc sam sprzątnij po swoim psie. Przypomnę – to tylko pies, a ja tylko twoja żona. Tylko matka twoich dzieci. I tylko my, twoja rodzina, dusimy się od tego smrodu i jego znaczników!
Kopnęłam rozpierzchnięty syntetyk i ruszyłam w stronę sypialni, omijając „głównego winowajcę”. Piorun – wielki, szary, z żałośnie opadającymi uszami – siedział w przejściu i patrzył. Nie skomlał, nie chował się. Jakby wcale nie czuł się winny.
Przypomniałam sobie, jak to się zaczęło…
…Dwa miesiące temu Krzysztof wrócił do domu z tym kłębkiem problemów.
— Tadeusz wyjeżdża. Długo — zaczął. — Mówi, że zabrać psa nie ma jak, kłopotów masa. A ja pomyślałem… Piorun potrzebuje rodziny. Dzieci nauczą się odpowiedzialności. Przecież to super.
Uśmiechał się tak, jakby właśnie uratował świat. A ja miałam zupełnie przeciwne wrażenie. Jakby adoptował kogoś, nawet mnie nie pytając.
— Dobrze. Załóżmy, że zostaje. Ale kto będzie go wyprowadzał, karmił, sprzątał? — wiedziałam, co usłyszę.
— Razem. Jesteśmy rodziną. Tylko z wychodzeniem problemem… Ty wracasz wcześniej, wzięłabyś to na siebie?
Ciężko westchnęłam, ale skinęłam głową. Przeczuwałam, że nic z tego nie wyjdzie, ale wyboru nie miałam. Może tym razem intuicja się myliła?
Niestety, obawy się potwierdziły…
StarałamNa szczęście, życie bez Krzysztofa okazało się nie tylko łatwiejsze, ale i piękniejsze – jak leniwy ranek, gdy nie trzeba spieszyć się nigdzie, tylko spokojnie sączyć herbatę i patrzeć, jak za oknem tańczą krople deszczu.



