Cudowna córka, która przyszła na świat w trudnych czasach.

Ola z Oleska była pięknością. Choć przyszła na świat z opóźnieniem, gdy jej mama miała już prawie czterdzieści lat. Wcześniej Olena owdowiała i pozostała sama, bo Bóg nie dał jej i mężowi dzieci.

Pewnego razu wybrała się do kuzynki w Krakowie, spędziła tam dwa tygodnie, a po powrocie – niespodziewanie – po dziewięciu miesiącach urodziła córeczkę, Ulę.

Sąsiadki oczywiście szeptały, ale Olena nikomu nie zdradziła, kim był ojciec dziewczynki i dlaczego się nie pojawiał.

Nawet najbliższa przyjaciółka, Marysia zza płotu, nie zdołała wyciągnąć z niej tej tajemnicy. A Ula rosła, budząc powszechną zazdrość: śliczna, jasnooka, krzepka dziewczynka.

Olena zaś trzęsła się nad nią jak nad perłą w koronie! Ubierała, uczyła rozumu, zaprawiała do pomagania w domu. Wyrosła Ula – wysoka, zgrabna, uśmiechnięta. Po szkole ukończyła kursy w powiecie i wróciła do rodzinnej wsi jako księgowa w drobiarni.

Tam zaraz poznała Andrzeja. Był nowy we wsi, świeżo przyjechał jako agronom. Wykształcony, nie to, czym wiejscy chłopcy mogli się pochwalić. I spodobali się sobie. Andrzej już po miesiącu wyznał miłość, a niedługo potem wziął Ulię za żonę. Ona miała dwadzieścia jeden, on dwadzieścia pięć. Wesele wyprawili na całą wieś!

Tylko że po ślubie zaczął gdzieś znikać – przepadał na dzień, dwa, potem wracał. Aż pewnego letniego popołudnia siedzą z Ulą w altance, piją herbatę. Nagle podjeżdża samochód, a z niego wychodzi kobieta z chłopcem.

*„No, tato, przyjmij nas na wakacje.”* Okazało się, że to jego pierwsza żona, o której Uli nawet słowem nie wspomniał. Do syna jeździł regularnie. Ula zdrady nie wybaczyła – spakowała rzeczy i wróciła do mamy.

Ileż łez wylała Olena! A córka tylko się upierała: nie można tak po prostu zostawić męża.

– No i co z tego, że miał wcześniej rodzinę? Teraz kocha ciebie. Przyjmij chłopca, to tylko na wakacje.

Ale Ula się nie zgodziła i rozwiodła się z Andrzejem. Młoda i uparta. Spakowała się i wyjechała do miasta szukać szczęścia. Do matki wpadała często, ale pochwalić się nie miała czym. Ani porządnej pracy, ani mieszkania, ani męża.

A gdy skończyła dwadzieścia osiem lat, mama zachorowała, zmarniała. Ula rzuciła wszystko i wróciła do niej. Andrzej już się ożenił – miał dwoje dzieci, a nowa żona panicznie bała się, że Ulka zacznie mu podbijać bębenka. Ot, taka wyfruwana z miasta przyjechała!

Ale Ula na nikogo nie patrzyła. Nie odstępowała matki na krok. Całą siebie jej poświęciła, pilnowała, doglądała, jak tylko umiała.

Dwa długie lata dźwigała ten ciężar, choć lekarze dawali Olenie nie więcej niż rok. I w końcu jej zabrakło…

Do miasta Ula już nie wróciła – w tym zgiełkliwym życiu się nie odnalazła. A Andrzejowej żonie wciąż było nieswojo. On sam zrobił się ponury, szorstki. Ale na stypie po Olenie pierwszy pomagał. Ula była wdzięczna, lecz uwagi mu nie poświęcała.

A piękna? Jak była, tak pozostała. I trzydziestki jej nikt nie dał! Świeża jak młoda wiśnia. A u Andrzeja już siwizna na skroniach błyszczała.

I wtedy stało się coś nieoczekiwanego. Cała wieś znowu zabulgotała! Do Kowalskich wrócił syn, Marek, z wojska. Dwudziestoletni przystojniak, sięgający sufit. Barki jak u niedźwiedzia, mięśnie aż się prosiły o podziw.

Dziewczyny we wsi natychmiast się zakochały, tylko czekając, na którą spojrzy. A Marek na razie na żadną nie patrzył. Aż pewnego dnia poszedł nad rzekę, a tam Ulka się kąpie, płynie w słonecznych blaskach, włosy jak u rusałki kołyszą się na wodzie.

Chłopak zobaczył tę urodę i serce mu zakołatało! Siedzi na brzegu, czeka, aż wyjdzie. A potem sam wskoczył do wody i wyniósł Ulę na rękach.

Ona się śmieje, wyrywa, a Marek nie puszcza. Zakochał się w swojej rusałce od pierwszego wejrzenia. I to tak, że od razu oświadczyny złożył – nie minęły dwa tygodnie od ich spotkania.

Ojciec kategorycznie przeciw, matka w łzach:

– Co ty wyprawiasz! To baba, już zamężna była, w mieście się nawygłupiała. A ty jeszcze chłopak zielony, jaki z ciebie mąż? Opamiętaj się!

We wsi ferment. Na Ulę patrzą spode łba. A ona? Z Markiem spędziła dwa wieczory, na brzegu pod zachodzącym słońcem. A że ją pokochał – no cóż, serce nie sługa.

Przyszli do niej rodzice Marka i zaczęli błagać, żeby zostawiła ich syna w spokoju. Nie jest dla niego parą. Ula spakowała się i znów wyjechała do miasta. Nie będzie jej tu szczęścia. Z jednej strony Marek z miłością, z drugiej – wieś z osądami…

Minęło siedem lat.

Życie w mieście też nie ułożyło się nieszczęsnej Uli. Pracowała w sklepie, wynajmowała pokój. Potem poznała porządnego mężczyznę, wyszła za niego, urodziła syna.

Mąż okazał się dobrym człowiekiem, żyli dostatnio w dużym, jasnym mieszkaniu. Wychowywali synka. Mąż często mówił, że trzeba w końcu pojechać na wieś i zająć się domem.

Ale Ulę tam nic nie ciągnęło. Nawet gdy jeździła na grób mamy, we wsi się nie pokazywała.

Złe wspomnienia zostały po tamtych ciężkich latach, gdy straciła matkę, gdy wieś na nią krzywo patrzyła. A dom? Dom trzeba było obejrzeć. Ileż lat stał zamknięty! Ale zanim zdążyli się wybrać, mąż Uli zachorował…

Została wdową w pięćdziesięciu latach. Ciężkie to, syn ma piętnaście lat, jeszcze go uczyć i uczyć. A dom na wsi nie dawał spokoju. Trzeba sprzedać i po kłopocie. Może ktoś ze wsi kupi?

Zebrali się latem z synem i pojechali. Mama na cmentarzu – pomnik poprawić, posprzątać. I pokazać się ludziom na oczy.

Ula piękna, w czarnej sukni z białymi koralami, w kapeluszu. Obok wysoki syn. Idą drogą do domu, a z bram wychodzą ludzie. Ula wita się ze wszystGdy weszli do ogrodu, wzrok Uli padł na rząd malw pod płotem – te same, które sadziła jej mama, a teraz kwitły jakby nigdy nie przestały, mimo że przez tyle lat nikt o nie nie dbał.

Rate article
Fajna Tajna
Cudowna córka, która przyszła na świat w trudnych czasach.