Spotkanie

— Dziewczyno! Dziewczyno, zaczekaj! Stój, proszę! — Odwróciła się Weronika i zobaczyła biegnącego za nią chłopaka w czapce. Czapka wydała jej się jakoś znajoma. Ale gdzie mogła ją wcześniej widzieć? — Uff! Nareszcie! Trenowałaś kiedyś sprint?! Ledwo cię dogoniłem! Ignacy. Można po prostu Iguś. W dowodzie Ignacy Leonowicz Słodziński. Godnie, dostojnie, intelektualnie. Ja… Uch, chwileczkę… — Chłopak pochylił się, oparł pięściami o kolana, nie mógł się złapać oddechu. Czapka zsunęła mu się z głowy, upadła na asfalt. Weronika mimowolnie też się schyliła, chciała podnieść czapkę, zderzyła się głową z Ignacym, dostojnym i intelektualnym.

— Ojej! No, wie pan! — oburzenie tupnęła dziewczyna, pocierając potłuczone czoło, a potem odwróciła się, już chciała odejść, ale Iguś złapał ją za rękę.

— Poczekaj! Przepraszam, to przypadkiem. No, Boże drogi, co za dzień! To ty jesteś siostra Michałowej? Katarzyny? — szepnął młodzieniec, naciągając z powrotem czapkę. — Widziałem cię u niej w domu, ale byłaś taaaaka malutka… — Iguś pokazał palcami rozmiar Weroniki-dzidzi.

— Przegrzałeś się na słońcu? — spojrzała z góry Weronika na Słodzińskiego. — Kiedy ja byłam taaaaka malutka, ciebie pewnie jeszcze na świecie nie było! Czego chcesz? Zatrzymujesz mnie!

— Więc ty nie jesteś Kasia? Nie Katarzyna Michałowa? — jakby zmartwił się chłopak, znowu pokazał na palcach, jaka Weronika była mała, kiedy ją widział.

— Nie. Jestem Weronika Kowalska. Do widzenia! — postanowczo ruszyła w stronę przystanku, ale Iguś nie odpuszczał, uparty intelektualista.

— No i proszę, już się poznaliśmy! Ty Weronika, ja — Iguś, fajnie, prawda? A czemu taka markotna? I torbę niosłaś ciężką jak nie wiem. Daj, pomogę! — Wyciągnął rękę do siatki, ale Werka odskoczyła, jakby dostojny Słodziński miał ją ukąsić albo ukraść pieniądze.

— Idź już swoją drogą! Aaa! — domyśliła się. — Tak się z dziewczynami poznajesz, co? Bardzo ciekawe! Ale…

— No widzisz, już cię zainteresowałem! Daj tę torbę, nie ucieknę. Buraków i cebuli u nas pod dostatkiem, twoje mi się nie przydadzą — skinął Ignacy na wystające z wiklinowej siatki końcówki warzyw. — A w ogóle to wiele wiem! Wiem, dlaczego samoloty nie spadają, jak powstaje błyskawica, co to perpetuum mobile, jak domowymi sposobami wywabić plamy z wiśniowego dżemu, jak…

Chciał kontynuować wykład o swoich umiejętnościach, ale Weronika nagle się roześmiała, wcisnęła mu siatkę i kazała iść przodem.

— Czytałeś dziecięcą encyklopedię? — spytała, w końcu przestając się śmiać.

— Też. Mieszkam z babcią. A moja babcia, Leokadia Piotrowna, matka mojego ojca, Leona, to kobieta bardzo wymagająca w kwestii edukacji! Ona we mnie „inwestowała”.

Iguś próbował jedną ręką pokazać, jak babcia wpychała w niego wiedzę, ale wyszło niezrozumiale.

— Co tak machasz rękami? Sygnalizujesz? Zaraz mnie okradną? — zaniepokoiła się Weronika.

— No nie! To tak babcia, Leokadia, wpychała we mnie wiedzę. Książki, filmy dokumentalne, wykłady w teatrze letnim, słuchowiska radiowe i referaty. Ona u nas, wiesz, zarządza edukacją społeczną, więc oczywiście głównym celem było moje oświecenie. Mogę ci opowiedzieć, jak wyhodować kurczaka z jajka w domowym inkubatorze, jak rozmnożyć fikusa, jak naprawić szpachelkę, jak…

— To nieciekawe. Chcesz loda? — Weronice coraz bardziej podobał się ten intelektualny Iguś z czapką i szpachelkami.

— Nie, dziękuję. Laktoza mi szkodzi, wolę oddychać. Tlen wzmacnia mózg — machnął ręką Ignacy. — Ale tobie, jeśli chcesz, kupię. — Dziewczyno — zwrócił się do sprzedawcy. — Proszę waniliowego, w waflu.

— Skąd wiedziałeś? — zainteresowała się Weronika, szybko złapała jego rękę wyciągającą pieniądze i zapłaciła sama.

— Dlaczego tak ze mną? To ja chciałem postawić! — oburzył się Iguś Słodziński.

— Ja też wychowywałam się głównie z babcią. Ona też ma bardzo surowe zasady, wiesz? Chodźmy, nie stójmy! Więc, babcia uczyła mnie, żeby nie wchodzić w zależność od mężczyzn. „Wszystko sama, Weronika, sama! Niezależność — o to walczyły kobiety!” — mniej więcej tak mówiła. Potem jakieś cytaty, już nie pamiętam. Ale sedno załapałam. I tak już jestem ci winna, nosisz mi siatki. A…

— A kobiety mają robić wszystko same, rozumiem — skinął Ignacy, poruszył nosem. — Ale wiesz, ty i twoja babcia nic nie rozumiecie! — dodał, ledwo nadążając za szybko idącą Weroniką.

— To znaczy jak? — Dziewczyna aż się zakrztusiła.

— No tak! Nie wiem, co twoja babcia cytowała, ale moja babcia mówiła, że mężczyzna bez pracy to jak mrówka bez patyka, marnieje. Wybacz, ale z babcią Leokadią was prześcignęliśmy. I źle wy, kobiety, walczyliście o tę waszą niezależność. Dokąd teraz?

— Tam! — machnęła ręką w prawo Weronika, marszcząc brwi. — Moja babcia, nawiasem mówiąc, to szanowana osoba! Ona nie może się mylić. Budowała metro. Ma medale.

— Metro to dobrze — zgodził się Iguś i zmienił temat, bo kłótnie o babcie do niczego dobrego nie prowadzą. — A wiesz, dlaczego wieje wiatr? Wydaje się proste, ale odpowiedź cię zaskoczy!

— No ty mnie zadziwiasz! Taki mądrala! — parsknęła Weronika. — Masy powietrza o różnej temperaturze, przemieszczając się…

— Ooo! Nie, Weronika, myślisz zupełnie nie w tę stronę! Pozwól, że wyjaśnię! Jak mówiła moja babcia, gdy jako trzylatek zadałem jej to pytanie, wiatr powstaje, bo drzewa się kołyszą. I to niepodważalny fakt. Nigdy nie udowodnisz, co jest pierwotne. I moja babcia, Leokadia Piotrowna, też nie potrafiła udowodnić.Iguś i Weronika minęli bramę, trzymając się za ręce, a ich babcie, choć wciąż obserwujące się przez lornetki, nieświadomie zaczęły planować wspólne święta, bo przecież wnuki zasługiwały na rodzinę, w której nawet największe spory kończyły się przy jednym stole.

Rate article
Fajna Tajna
Spotkanie