“To tylko tak dla próby – nie liczcie nas do wspólnego budżetu. Przywieziemy swoje jedzenie” – napisała Weronika w grupowym czacie. “Ogólnie jesteśmy na diecie, jemy jak wróbelki…”
I to był pierwszy dzwonek.
Ania siedziała w autobusie, trzymając telefon w jednej ręce. Drugą przyciskała do siebie obszerną torbę. Przeczytała wiadomość dwa razy. Może jej się tylko wydawało? Wiadomość była grzeczna, ale… jakby ktoś już wcześniej kopał tunel, szukając luk.
Czyt dotyczący majowego wyjazdu nieustannie migotał w powiadomieniach. Niedawno dołączyli do niego nowi ludzie. Wojtek i Weronika byli znajomymi Jacka, a on sam był szanowany i sprawdzony, od lat w ich kręgu – więc nikt nie miał wątpliwości.
Atmosfera była ciepła i przyjazna. Wszyscy mieli około trzydziestu lat – dorośli, odpowiedzialni, zorganizowani, ale z humorem. Znali się od lat, więc w grupie panowało wiele niepisanych zasad. Każdy miał swoją rolę.
Jacek przyprowadzał nowych. Ania zajmowała się organizacją spotkań i wyjazdów. Już przygotowała listę uczestników, zaproponowała trasę, dogadała wynajem domków nad jeziorem – z werandami, altaną i nawet porządnym prysznicem. Wszyscy się zgodzili, zaczęli omawiać zakupy. Na liście znalazły się kiełbaski, grzyby, węgiel, ketchup, wino.
I wtedy pojawiło się to:
“Nas z Wojtkiem możecie nie liczyć” – napisała Weronika. “Jesteśmy na diecie, jemy osobno. Nic nam nie potrzeba.”
Ania odpisała neutralnie: “Okej, jak wolicie” – i odłożyła telefon.
W zasadzie – to nie problem. Ktoś się zdrowo odżywia, ktoś jest na keto, niech nawet wodę ładują według faz księżyca. W grupie był już chłopak, który nigdy nie dokładał się do mięsa, bo był wegetarianinem. Ale za to zawsze przywoził tyle warzyw, że starczyłoby dla wszystkich, a jego wegetariańskie szaszłyki na grillu znikały w mgnieniu oka.
Dziwactwa – rzecz normalna. Ważna jest dobra wola i zaangażowanie. Ale coś w tym “nie liczcie nas” sprawiło, że Anię przeszedł dreszcz. Było w tym coś… śliskiego. Postanowiła jednak nie wyciągać pochopnych wniosków.
W dzień wyjazdu pogoda była bajkowa – ciepło, świeżo, delikatny wiatr. Wszyscy stawili się na czas, niczego nie zapomnieli, nawet nie musieli wracać po sztućce czy otwieracz do wina. Zapach sosny i rześkie powietrze szybko poprawiły wszystkim nastrój.
Zajęli domki, rozpakowali się, część od razu ruszyła rozstawiać grill.
Weronika i Wojtek dojechali późnym popołudniem, gdy większość spraw już była załatwiona. Ich “własnym” okazała się torba z małym kawałkiem sera, pomidorami, opakowaniem chleba ryżowego i dwoma butelkami piwa. Ania mimochodem spojrzała, gdy wyciągali zapasy, i pomyślała: “Na wieczór może starczy. Ale na trzy dni?”
Najpierw usiedli z boku, na ławce. Zjedli swój ser, stuknęli się butelkami, zrobili kilka zdjęć na tle zachodu. Potem powoli zaczęli się przyłączać do reszty. Po pół godzinie Wojtek już stał przy grillu.
“A co tu tak pachnie? Kiełbaski? No, z wami na diecie się nie wytrzyma!” – zaśmiała się Weronika i przysunęła się bliżej.
Ania spojrzała na Karolinę obok. Ta lekko wzruszyła ramionami. No cóż, nie wypędzą ich, podzielą się. W ich kręgu nie było w zwyczaju stawiać kogoś w niezręcznej sytuacji, zwłaszcza nowych.
Do nocy Weronika i Wojtek jedli i pili ze wspólnego stołu jak gdyby nigdy nic. Śmiali się, opowiadali historie, śpiewali przy gitarze. Trzeba przyznać – byli sympatyczni, wyluzowani, nie zadzierali nosa. Nie budzili odrazy. Ale Ania miała dziwne wrażenie, że ich wykorzystano.
Zasnęła z tym niesmakiem. Nie było to uczucie obrazy, tylko pierwsze ziarno irytacji. Rodzice zawsze uczyli ją: jeśli chcesz być częścią grupy, graj fair i pokaż, co masz do rozdania. Ale Wojtek z Weroniką weszli do gry, trzymając asy w rękawie. A zyski dzielili ze wszystkimi.
Wtedy, tej pierwszej nocy, Ania pomyślała: “Jeśli to się powtórzy, trzeba będzie coś zrobić”. Ta myśl ją zmroziła, bo nie wypada pouczać dorosłych. Postanowiła jednak odrzucić negatywne myśli. Przyjechali odpocząć, nie patrzeć innym w talerze. Na razie to tylko jednorazowy incydent.
Ale kolejne wyjazdy pokazały, że to nie był incydent. To był sposób, by dobrze zjeść za cudze pieniądze.
“Znowu się zrzucacie? My jak zwykle – ze swoimi sałatkami. Liczymy kalorie” – szczebiotała Weronika w wiadomości głosowej.
Brzmiało to, jakby nie chodziło o podział kosztów, tylko o organizację przedszkolnej imprezy, gdzie rodzice mają przynieść ozdoby, jeśli akurat jakieś zalegają w domu. Bez przymusu i wydatków.
Ania wysłuchała tego, gdy szła do sklepu po kaszę i nowy kartusz do kuchenki turystycznej. Planowała, kto weźmie samochód, kto opłaci paliwo, kto kupi mięso, naczynia, kawę. I znowu to “my jak zwykle”.
W ciągu ostatniego roku takich “zwykle” było pięć. Letnie grillowanie w ogródku u Karoliny. Wrześniowy wypad nad jezioro. Jesienny piknik w parku z herbatą i kanapkami. Wojtek i Weronika za każdym razem pojawiali się z małą torbą, w której mieli skromny zapas: parę bananów, sałatkę z kapusty i butelkę wina z dyskontu na promocji.
I nigdy się nie podzielili, ale też nigdy nie wrócili głodni.
“Smaczne wino?” – pytał Wojtek z udawanym zainteresowaniem, nalewając sobie z butelki, którą przywiózł Krzysiek.
“Staramy się jeść warzywa. Drogo, ale zdrowo. Miałam suchą skórę, a teraz… A to ja tak tylko spróbuję” – gruchała Weronika, nakładając sobie kanapkę z cudzą szynką.
Najpierw wywoływało to niezręczne uśmiechy. No cóż, osobliwa para. Może mają ciężką sytuację. Może kredyty.
Potem zaczęli się wymieniać spojrzeniami. A w końcu – rozmawiać.
“Widziałaś, ile zjedli?” – szepnęła Karolina, gdy pakowali resztki po kolejnym grillowaniu.
“Wojtek chyba trzy razy podchodził do grilla. I sam wykańczał sałatkę z krewetkami” – mruknęAnia tylko westchnęła i przytaknęła, bo wiedziała już, że świat pełen jest takich, co lubią mieć ciasto i zjeść ciasto, ale ich własnym nigdy się nie podzielą.



