Ojciec Łucji był surowy jak mróz w styczniu. Nawet matka bała się odezwać bez pozwolenia, by nie narazić się na gniew. Lecz z obcymi dziećmi był inny — uśmiechnięty, ciepły. Tylko dla nich dwóch miał stale pomarszczone czoło i podniesiony głos. Łucja długo nie rozumiała, dlaczego ojciec jej nie kocha. Prawda wyszła na jaw dopiero w liceum.
W szkole Łucja uczyła się zapamiętale, by nie dostać burdy, by zasłużyć na choćby cień uznania. Od szóstej klasy marzyła o wysokich wynikach matury i studiach w Krakowie.
Gdy przychodzili goście, zawsze chwalili śliczną i bystrą córkę, pytali, kim chce zostać, na jakie studnia idzie.
Łucja spoglądała trwożliwie na ojca i odpowiadała, że jeszcze nie wie. O marzeniach milczała jak grób.
— Jedenaście lat szkoły wystarczy. Nie zamierzam jej utrzymywać do emerytury. Wyrosła zdrowa, niech idzie do roboty. Wszyscy chcą być profesorami, a kto będzie harował? — warknął ojciec.
— Co ty mówisz, Krzysiu! — matka łagodząco położyła dłoń na jego ramieniu. — Łucja ma same piątki. Z takimi ocenami ma stać za ladą i kiełbasę kroić? Teraz bez papierka to nawet sekretarki nie biorą. A na dobrej posadzie i męża z mieszkaniem znajdzie…
Ojciec tylko prychnął.
— Nie pierz językiem na wiatr — spojrzał na żonę tak, że ta zwinęła się w sobie. — Dziewczynie do garczków i ścierek nauki nie potrzeba. Dzieci rodzić i bez dyplomu potrafi. Twoja “mądrość” tylko kłopoty sprowadziła, co?
Goście milczeli, udając, że nie słyszą. Łucja też trzymała język za zębami. Ale gdy zdała maturę świetnie, postanowiła rzucić wyzwanie. Była pełnoletnia, mogła sama decydować. Nie zamierzała tkwić w domu jak przystawka do garnków. Udowodni mu, że coś znaczy. W drodze do domu ściskała świadectwo, pełna determinacji.
Lecz widok ojca z lodowatym spojrzeniem stopił jej odwagę. Mimo to wykrztusiła: — Chcę iść na studia. Do Krakowa.
— Nigdzie nie pojedziesz. Rozumiesz? Karmiłem cię, ubierałem, teraz twoja kolej. Starych trzeba wspierać, a nie uciekać. — Ojciec trzasnął pięścią w stół, aż talerze podskoczyły. — I ty jej nie bron! — warknął do żony. — Samą cię jeszcze pamiętam, jak to z “nauką” było. Wdzięczność mi się należy do grobowej deski, że cię wziąłem z takim bagażem, że tę niewdzięczną wychowałem…
— Tato, przestań… — szepnęła Łucja.
— Dlaczego? Niech wie. Dorosła już. Może się nauczy. Chociaż… — Machnął ręką. — Niedaleko jabłko od jabłoni pada.
— Mamo… — Łucja spojrzała na matkę przez łzy.
— Idź do pracy i koniec! — Ojciec z hukiem wciągnął zupę.
Łucja wybiegła z kuchni. Gdy ojciec wyszedł, matka wśliznęła się do jej pokoju.
— Za co on mnie tak traktuje? — Łucja otarła łzy rękawem.
Wtedy matka wyznała prawdę.
— Więc dlatego… — Łucja przełknęła ślinę. — Wiesz co? Cieszę się, że nie jest moim prawdziwym ojcem.
— Spróbuję z nim jeszcze pogadać. Masz — matka podała zwinięte banknoty. — Nie dużo, ale na początek starczy. Schowaj dobrze. Nie obiecuję, że dam więcej… On każdy grosz liczy.
— Dzięki, mamo. Coś wymyślę. Ale on cię zabije… — Łucja wpatrywała się w zmęczoną twarz matki.
— Nie zabije. Pokrzyczy, może rzuci czymś. Ma prawo. A ty jedź do tego Krakowa. Nie zawiedź mnie.
Trzy dni później, gdy ojciec był w pracy, Łucja wysiadła z pociągu w Krakowie.
Dostała się na studia i miejsce w akademiku. Lecz gdy skończyły się oszczędności, podjęła pracę jako sprzątaczka w biurowcu. Wieczorami, gdy nikogo nie było, myła podłogi.
W pokoju dzieliła z Kasią, dziewczyną, która rzadko otwierała książki. Całe noce spędzała na imprezach. Miała starszego o lata kochanka, Darka, którego poznała w klubie.
— Po co ci taki stary? Pewnie żonaty? — spytała raz Łucja.
— Co ty wiesz? Tak, żonaty, ale ma pieniądze. A co mi da student? Długi? Myślisz, że sama kupiłabym te suknie? Rodzice ledwo zipią, brat w gimnazjum. Darek wynajął mi mieszkanie. Jutro się wyprowadzam. Pomożesz?
Mieszkanie było przestronne, eleganckie. Łucja często tam przychodziła, nawet nocowała, gdy Darek był zajęty.
Tęskniła za matką, dzwoniła, gdy ojca nie było. Na wakacje nie wróciła. Za to Kasia zaproponowała wyjazd nad morze.
— Nie mam forsy — przyznała Łucja.
— Darek płaci. Sam cię zaprosił. Boi się, że znajdę tam kogoś młodszego — zaśmiała się Kasia.
— Mam być twym stróżem?
— Coś w tym stylu. No jedź! Co tu siedzieć?
— Naprawdę go kochasz?
— Jedziesz, czy nie? — Kasia straciła uśmiech.
— Jadę. Morze widziałam raz w dzieciństwie. Prawie nie pamiętam.
W pociągu patrzyły przez okno, jak krajobraz zmienia się wraz z kilometrami. Słońce stawało się jaskrawsze, niebo — błękitniejsze. Zamiast pól rzepaku — winnice i wydmy.
Morze było takie, jak je pamiętała: chłodne, nieogarnione. Mogła godzinami słuchać szumu fal. Rankiem biegły na plażę, wieczorami — na deptak. Młodzi, opaleni, zwracali uwagę.
Pewnego dnia podszedł do nich dwóch chłopaków. Kasia flirtowała bez skrupułów.
— Czego się boisz? Kawa, rozmowa. Darek się nie dowie. Nie wsypiesz mnie? — ściskała jej dłoń.
Po kawiarni rozdzielili się. Kasia zniknęła z jednym, Łucja z Jackiem spacerowali nad brzegiem. Podobał się jej — miał szczery uśmiech i łagodne oczy.
Kasia wróciła o świcie.
— Darek by cię zabił — Łucja zerwała się z łóżka.
— A on co? Z żoną w łóżku leży. A ty jak?
— Normalnie.
— Nic? No debilka.
— Nie umiem tak od razu… Przysięgłam mamie, że nie powtórzę jej błędów.
Spotykała się z Jackiem codziennie. Całowali się,Łucja zrozumiała w końcu, że jej życie to nie tylko walka o uznanie ojca, ale także szansa na własne szczęście – i gdy Jacek po latach nieobecności stanął przed nią z pierścionkiem w dłoni, postanowiła dać mu szansę, wiedząc, że teraz sama może zdecydować, jaką historię opowie swoim dzieciom.



