Za późno zrozumiał swój błąd

Weronika ściskała w dłoni wyniki badań. Papier był wilgotny od potu. W korytarzu poradni ginekologicznej panował ścisk.

— Nowak Weronika Stanisławówna! — zawołała pielęgniarka.

Weronika wstała i weszła do gabinetu. Lekarka — korpulentna kobieta o zmęczonych oczach — wzięła od niej teczkę, przejrzała dokumenty.

— Proszę usiąść. — Spojrzała na wyniki z obojętnym wyrazem twarzy. — U pani wszystko w porządku. Niech mąż się przebada.

Weronika zdrętwiała. Krzysztof? Ale przecież…

***

W domu teściowa siekła kapustę na kapuśniak. Nóż w jej dłoniach poruszał się gwałtownie, jakby walczyła z wrogami.

— No cóż, córeczko, jakie wieści? — zapytała Wiesława Bronisławowa, nie podnosząc wzroku.

— Ze mną wszystko w porządku — szepnęła Weronika, ściągając kurtkę.

— To dlaczego… — Teściowa w końcu spojrzała na nią. W jej oczach przemknął niepokój.

— Krzysztof musi się zbadać.

Nóż zastygł w powietrzu. Wiesława stanęła sztywno jak struna.

— Co za bzdury? Mój syn jest zdrowy! To wasze lekarze nic się nie znają. Kiedyś kobiety rodziły bez żadnych badań!

Weronika przeszła do pokoju. Na kanapie leżały skarpetki — jedna niebieska, druga czarna. Mechanicznie podniosła je i wrzuciła do kosza na pranie.

Po trzech latach małżeństwa te skarpetki stały się symbolem ich życia — rozbiegane, niedopasowane, nigdy nie tworzące pary.

Krzysztof wrócił późno.

— Co to za mina pogrzebowa? — burknął, rzucając się na fotel.

— Krzysiek, musimy porozmawiać.

— O czym?

Podsunęła mu papiery. Przejrzał je wzrokiem i odrzucił na stolik.

— I co z tego?

— Musisz się zbadać.

— Z jakiej racji? — Krzysztof zerwał się, zaczął chodzić po pokoju. — Jestem zdrowy, jak koń! Spójrz na mnie!

Faktycznie wyglądał na silnego — szeroki w barach, z gęstymi ciemnymi włosami. Ale zdrowie nie zawsze widać na pierwszy rzut oka.

— Krzysiek, proszę cię…

— Dość! — warknął. — Nie chcesz dzieci, to po prostu powiedz! Po co te teatry z lekarzami?

Z kuchni dobiegło szuranie kapci. Wiesława zaczaiła się za drzwiami, ale oddychała tak głośno, że słychać było każdy oddech.

— Chcę dzieci bardziej niż czegokolwiek — cicho powiedziała Weronika.

— To dlaczego ich nie ma? Może coś ukrywasz? Aborcje robiłaś, a teraz nie możesz?

Cios był bolesny. Weronika cofnęła się.

— Jak ty…

— A jak mam myśleć? Trzy lata razem i zero rezultatu! A teraz jakieś lekarze mówią, że ja… — Urwał, ściskając pięści.

Drzwi otworzyły się gwałtownie. Wiesława wpadła do pokoju jak czołg.

— Krzysiu, nie słuchaj jej! To wszystko przez nudę. Gdyby więcej pracowała, nie włóczyłaby się po lekarzach.

Weronika spojrzała na męża. Ten odwrócił się do okna.

— Krzysiek, naprawdę myślisz, że ja…

— Nie wiem, co myśleć — syknął przez zęby. — Wiem tylko, że zdrowy mężczyzna do lekarza nie chodzi.

Wiesława tryumfalnie skinęła głową.

— Słusznie syn mówi. To nie męska rzecz — po szpitalach się wałęsać.

Weronika poczuła, jak coś w niej pęka. Jak napięta struna, która w końcu nie wytrzymała.

— Dobrze — powiedziała spokojnym głosem.

Następnego dnia zaczęła się wojna. Wiesława czepiała się każdego drobiazgu. Sól przesypana. Garnek niedomyty. Kurz na komodzie. Weronika milczała, zaciśnięte zęby tłumiły słowa.

— Może w ogóle nie powinnaś w domu siedzieć? — zapytała jadowicie teściowa przy kolacji. — Poszłabyś do pracy, zamiast po lekarzach się snuć.

Krzysztof gryzł kotleta, nie podnosząc głowy.

— Pracuję — przypomniała Weronika.

— Trzy dni w tygodniu to nie praca, tylko zabawa.

— Co ma moja praca do rzeczy?

— Wszystko! Mój syn jest zdrowy, a ty go chcesz chorobą obarczyć! Gdy dzieci nie ma, to kobieta winna! Tak zawsze było!

Weronika wstała od stołu. Nogi się pod nią uginały.

— Co z tobą? — zdziwiła się teściowa. — Zjadłaś i od razu uciekasz?

— Jestem zmęczona — cicho odpowiedziała.

— Zmęczona! A od czego? Trzy dni w tygodniu pracy — toż to nie katorga!

Krzysztof w końcu podniósł wzrok. Mignęło w nim coś, co mogło być litością. Ale milczał.

Nocą Weronika leżała i słuchała chrapania męża. Kiedyś ten dźwięk ją uspokajał — oznaczał, że bliski człowiek jest obok. Teraz drażnił. Jak mogła nie zauważyć, że jest aż tak uparty?

Rano spakowała rzeczy do starego plecaka. Nie wzięła dużo — kilka sukienek, bieliznę, kosmetyki.

— A to dokąd? — Wiesława stała w drzwiach kuchni z kubkiem w ręce.

— Do babci.

— Na długo?

— Nie wiem.

Krzysztof wyszedł z łazienki, zobaczył plecak.

— Wera, co to ma znaczyć?

— To, co widzisz.

— Na serio?

— A jak inaczej? Nie chcesz się zbadać, twoja matka uważa, że to moja wina. Po co mam tu zostawać?

Podszedł bliżej, zniżył głos:

— Nie bądź głupia. Gdzie ty pójdziesz?

— Do babci Jadzi.

— Do tej klitki? Tam ledwie dwadzieścia metrów!

— Ciasno, ale swojsko.

Wiesława prychnęła:

— Słusznie! Niech idzie. Pomieszka u staruszki, zrozumie, jak dobrze jej tu było.

Krzysztof rzucił matce gniewne spojrzenie, ale nie protestował.

Weronika wzięła plecak i skierowała się do drzwi.

— Wera! — zawołał mąż.

Odwróciła się. Stał na środku przedpokoju — zagubiony, z mokrymi po prysznicu włosami.

— Kiedy wrócisz?

— Jak pójdziesz do lekarza.

Drzwi zatrzasnęły się za nią.

Babcia Jadzia aż krzyknęła, gdy zobaczyła wnuczkę z plecakiem:

— Weronieczka! Co się stało?

— Pokłóciłam się— Wytrzymałam już tyle, babciu, ale teraz chcę żyć dla siebie.

Rate article
Fajna Tajna
Za późno zrozumiał swój błąd