**Tajemniczy obraz**
Zuzanna siedziała na tylnym siedzeniu samochodu i wpatrywała się w okno. Miała podniosły nastrój, jak przed świętami, choć urodziny obchodziła w grudniu, a teraz był lipiec.
Za kierownicą siedział surowy, postawny mężczyzna. Dziewczynka widziała tylko jego ogolony kark, który przechodził w grubą szyję. Ten widok wzbudzał w niej niechęć. Kierowca nawet nie odwracał głowy, jakby grube mięśnie uniemożliwiały mu ruch. Zuzia pomyślała, że to nie człowiek, tylko robot. Przechyliła się, by zobaczyć jego twarz.
— Siadaj! — warknął kierowca, nie patrząc za siebie.
Zuzanna opadła na siedzenie i znów wpatrzyła się w krajobraz za szybą. Pola, lasy, mijane wioski. Wyprzedzili dwóch rowerzystów — mężczyznę i nastolatka — którzy spojrzeli na nią przez szybę. Jej nastrój znów się poprawił. Po raz pierwszy jechała do innego miasta, do dziadków, których nigdy nie widziała.
— Jak długo jeszcze będziemy jechać? — zapytała.
— Niedługo — odpowiedziała mama z przodu.
— Dlaczego wcześniej nie odwiedzaliśmy babci i dziadka?
Mama mruknęła coś niewyraźnego.
— A jest tam rzeka?
— Jest. Wszystko tam jest. Przestań już gadać. Jak przyjedziemy, sama zobaczysz. — W głosie matki pojawiła się rosnąca irytacja.
Zuzanna zamilkła. Ostatnio mama wpadała w złość przy byle czym, krzyczała. Wszystko zaczęło się, gdy odszedł tata. Spakował rzeczy i wyszedł.
*„Niech już przyjedziemy”*, myślała Zuzia. *„Chyba jedziemy na wakacje, skoro mama zabrała tyle rzeczy. Nawet mój ulubiony miś. I tornister… Po co tornister na wakacjach?”* Pytań było wiele, ale nie odważyła się zadawać ich mamie.
Oparła się o fotel i zaczęła nucić. Cichutko, nuta po nucie…
— Przestań jęczeć! Już mi niedobrze — warknęła mama. Zuzanna zamarła, zasępiona.
W końcu wjechali do miasta. Dziewczynka przywarła do okna. Samochód zatrzymał się przed dwupiętrową kamienicą z czerwonej cegły.
— Jesteśmy. Dom, słodki dom — powiedziała mama, otwierając drzwiczki. Brzmiało to raczej jak westchnienie niż okrzyk radości.
Kamienica była stara, szara, z dwiema klatkami schodowymi. Ani śladu podwórka z plastikową zjeżdżalnią i huśtawkami, jak u nich. Tylko dwie ławki pod klatkami.
Kierowca wyniósł ich bagaże z bagażnika i również przyglądał się budynkowi. Mama poprosiła, by zaczekał, wzięła walizkę i torby, ruszyła do klatki. Zuzanna podreptała za nią. Drzwi wejściowe były drewniane, pomalowane na brązowo, z odpryskami farby, a nie stalowe z zamkiem szyfrowym.
— Otwórz — powiedziała mama zirytowana.
Zuzanna wyprzedziła ją i pchnęła skrzypiące drzwi. Weszli na drugie piętro. Mama postawiła walizkę na betonowej podłodze, by nacisnąć dzwonek, ale drzwi nagle otworzyły się same. W progu stała wysoka, surowa kobieta. Milczała, tylko patrzyła na nich twardym wzrokiem.
Mama podniosła walizkę i weszła do środka. Zuzanna wśliznęła się za nią i przywarła do jej boku. Zrozumiała, że to babcia.
— No, czego stoisz? Wchodź — rzuciła babcia bez ciepła.
Zuzia nie drgnęła, przyklejona do mamy. Z pokoju wyszedł wysoki, siwowłosy mężczyzna.
— To twój dziadek Jan — powiedziała mama. — Tu jej rzeczy, ubrania, buty… — wymieniała cicho.
— Rozkmięlimy — odparła sucho babcia. — Herbaty nie napijesz się?
— Nie, taksówka czeka.
I wtedy Zuzia zrozumiała, że mama zostawi ją tu i odjedzie. Chwyciła ją mocno, zaczęła błagać:
— Mamusiu! Nie odchodź! Nie zostawiaj mnie! Zabierz mnie ze sobą!
— Co, nie powiedziałaś jej? — z wyrzutem spytała babcia.
Mama milczała. Próbowała odkleić małe ręce córki, ale ta trzymała się jak kleszcz.
— Przyjadę po ciebie, później. Na razie zostaniesz z dziadkami. Dość tego! — krzyknęła nagle mama, oderwała dłonie Zuzi i odepchnęła ją.
Za plecami dziewczynki zamknęły się ramiona babci, przyciskając ją do siebie. Zuzanna zaczęła się wyrywać, wić jak wąż.
— Idź… Idź już! — warknęła babcia, a mama wysunęła się za drzwi.
— Mamo! Puść! — krzyczała Zuzia.
Babcia zwolniła uścisk, ale mama już zniknęła.
— Zuziu! — usłyszała spokojny głos dziadka.
Stanął przed nią wysoki, wyprostowany. Dziewczynka skuliła się, zalękniona, wpatrując się w niego. Uśmiechał się, a w jego oczach była życzliwość i ciekawość.
— Chodź — powiedział, wziął ją za rękę i zaprowadził do pokoju.
Stare meble, kanapa, pianino przy ścianie. Było przytulnie i cicho. Tylko tykanie zegara. Pili później herbatę z naleśnikami. Zuzia nigdy w życiu nie jadła tak pysznych. Potem wyszły z babcią na podwórko. Pod klatką bawiły się dwie dziewczynki. Babcia zostawiła Zuzię z nimi i wróciła do domu.
— Będziesz teraz z nami mieszkać? — spytała jedna.
— Nie, mama niedługo po mnie przyjedzie — odparła pewnie Zuzia, choć łzy zdradziecko napływały do oczu.
Nadszedł wrzesień, a mama nie przyjechała. Zuzia poszła do szkoły. Z tamtymi dziewczynkami była w tej samej klasie — 2b. Ogólnie życie u dziadków jej się podobało. Nie kłócili się, nie podnosili głosu — w przeciwieństwie do rodziców.
Ostatnio rodzice w ogóle nie rozmawiali, tylko krzyczeli. Potem odszedł tata. Mama też często wychodziła wieczorami. Zuzia stała przy oknie, wpatrując się w ciemność, aż oczy bolały. W końcu pod dom podjeżdżała taksówka i mama wracała. Dziewczynka szybko kładła się do łóżka, przykrywała kołdrą i zamykała oczy. Serce waliło jej z radości — mama wróciła! Wtedy się uspokajała i zasypiała.
Oczywiście, tęskniła i długo czekała. Aż w końcu przestała. Babcia tylko raz wspomniała, żeZuzia dorosła, choć czasem w snach wciąż widziała starą kamienicę i dłonie dziadka, który delikatnie przykrywał ją kołdrą, gdy zasypiała z twarzą mokrą od łez.



