**W jego śladach**
„Bartek, czego ci brakuje? Popatrz tylko – polski – dwója, matematyka – pała, a z lekcji literatury w ogóle uciekłeś! Dlaczego się nie uczysz i ciągle wagujesz? Co ja mam z tobą zrobić, niedorajdo?” – znowu zmartwiła się Ewa, przeglądając szkolny dziennik swojego ósmoklasisty.
„Nie wiem” – burknął nastolatek i odwrócił się od matki.
„Ewka, daj chłopakowi spokój! Literatura, biologia… Też wagowałem i jakoś wyszedłem na ludzi!” – dobiegł z drugiego pokoju pijacki głos męża Marka, który wylegiwał się na kanapie.
„A widzę to po tobie! Żeby z synem po męsku pogadać, ale dla ciebie zawsze nie ma czasu – trzeciego dnia się nie trzeźwisz!” – krzyknęła Ewa.
„No i co z tego? Mam prawo! Nie piję twoich pieniędzy! A poza tym, nasz Mareczek miał urodziny! Jubileusz, między nami mówiąc!” – odparł Marek, opadł na poduszkę i znów zasnął.
…Ewa wychowała się w inteligenckiej rodzinie. Rodzice nie tylko nauczyli ją dobrych manier, ale też zadbali o porządne wychowanie. Pilnie uczyła się w szkole, dostała się na prestiżowy kierunek. Tylko przez złośliwość losu poznała Marka.
Poznali się na studenckiej imprezie. Ewa była na czwartym roku, a Marek skończył już zawodówkę i pracował w fabryce. Od razu zwróciła uwagę na przystojnego chłopaka o wyrazistych oczach. Wyglądał na starszego, niż był. Wtedy jeszcze nie wiedziała, jak ten człowiek zburzy jej uporządkowane życie.
Zaczęli się spotykać, a ślub wzięli latem, gdy Ewa zdała wszystkie egzaminy. Początkowo było nieźle, ale nawet wtedy drażniło ją, że mąż nie przepuści żadnej okazji do picia. Każda impreza kończyła się libacją…
W pewnym momencie Ewa zrozumiała, że popełniła błąd – oni w ogóle do siebie nie pasują. Postanowiła się rozwieść. Ale los znów pokrzyżował jej plany – okazało się, że jest w ciąży.
Nie miała serca pozbyć się dziecka. Zostawić je bez ojca też nie było wyjściem. Optymistka z natury, Ewa wierzyła, że narodziny synka zmienią Marka. Ale gdy ten zjawił się pijany w szpitalu, zrozumiała – nic się nie zmieni.
I tak się stało. Marek pił często i dużo. W domu pomagał byle jak, bo albo szedł na „spotkanie towarzyskie”, albo odsypiał imprezę.
Ewa nie narzekała. Ciągnęła wszystko sama: pracowała na dobrej posadzie, w domu było czysto, synowi Bartkowi poświęcała uwagę. Ale im starszy był chłopak, tym bardziej przypominał ojca. Nie było w nim śladu po niej: uczył się niechętnie, na żadne zajęcia dodatkowe nie chciał chodzić.
W siódmej klasie zupełnie się rozpuścił.
„Pani Ewo, proszę porozmawiać z synem. Na lekcjach się wygłupia, nie słucha, a o ocenach już lepiej nie wspominać…” – takie uwagi stale słyszała od wychowawczyni. Po każdym zebraniu wracała do domu, myśląc, że gdzieś zawaliła.
Początkowo Bartek tłumaczył się i obiecywał poprawę. Ale były to puste słowa.
Skończył gimnazjum. O liceum nie było mowy. Trzeba było iść do szkoły zawodowej. Ewa z przerażeniem widziała, że syn idzie w ślady ojca. A Marek w tym czasie już całkiem się stoczył. Ciągłe awantury, upokarzające wizyty w fabryce, by go nie wyrzucili…
W zawodówce Bartek też się nie przykładał: wagary, chamstwo, kłótnie. Marudził, że nauka go nudzi.
„Mamo, może rzucić szkołę i pójdę z tatą do fabryki? Od razu będę zarabiał.” – powiedział raz.
„Synku, co ty mówisz? Jakie zarabianie? Trzeba skończyć szkołę, potem zawsze można się dokształcać. Chcesz żyć jak tata?”
„No i co złego? Tata żyje normalnie.”
„Właśnie! Co złego?! Czepiasz się chłopaka jak rzep! Niech idzie do pracy, skoro chce!” – wtrącił się Marek.
Ewie udało się przekonać syna, by jednak skończył szkołę. Biegała do nauczycieli, błagała, by nie wyrzucali Bartka.
Ledwo zdał. I od razu chciał iść do fabryki. Ewa odradzała, bo wiedziała, jak to się skończy. Bartek był kopią ojca – nawet charakterem. Nic po niej w nim nie zostało.
Ale jak każda matka, wierzyła, że syn się opamięta. Los znów ją zawiódł – Bartek poszedł z ojcem na tę samą zmianę i zaczęli pic razem.
Pewnego dnia Ewa wróciła z pracy. W przedpokoju potknęła się o coś i omal nie upadła. Zapaliła światło…
Na podłodze leżał nieprzytomny Bartek. Uklękła, próbując go obudzić:
„Bartek, co z tobą? Źle się czujesz?” – sięgnęła po telefon.
„Mamo, daj spokój… Zostaw mnie…” – machnął ręką i znów zasnął.
Ewa wyczuła od niego alkohol. Był pijany do nieprzytomności. Tak jak Marek w młodości.
W kuchni przy stole chrapał pijany Marek. Chciała go zbesztać, ale zrezygnowała.
Wzięła torbę i wyszła. Szła ulicą, nie wiedząc dokąd. Nie miała bliskich, u których mogłaby się wygadać. Usiadła w parku na ławce. Ludzie wokół się śmiali, a ona nie rozumiała, co takiego złego zrobiła losowi.
Nagle z krzaków wybiegł pies z czerwonym piłeczkiem w pysku. Ewa drgnęła.
„Przepraszam, przestraszył panią? Burek, do mnie!” – zawołał mężczyzna, a pies posłusznie wrócił.
„Tak, trochę…” – otarła łzy.
„Coś się stało? Mogę jakoś pomóc?”
„Nie, wszystko w porządku…”
„Ja jestem Tomasz. A pani?”
„Ewa.”
„Piękne imię. Rzadko dziś spotykane. To mój Burek. Może kawę razem wypijemy?”
„Chętnie” – ku swojemu zdziwieniu, zgodziła się.
„Super! Tu niedaleko jest kawiarnia. Weźmiemy na wynos, bo z Burkiem nie wpuszczą…”
Rozmawiali cały wieczór. Ewa odżyła po latach koszmaru. Wymienili numery i zaczęli się spotykać.
Z czasem opowiedziała mu o swoim życiu. Tomasz zaproponował, by zamieszkała z nim. Zgodziła się.
„Patrzcie, jaka księżniczka! Znalazła sobie faceta? Bartek, widEwa spojrzała przez okno samochodu na swoje dawne życie, a gdy Tomasz włączył silnik, poczuła, że wreszcie oddycha pełną piersią.



