—Dzieci wychowali, ledwo na emeryturę wyszła, a już mi uciekła, wyobrażasz sobie?! — narzekał siwy pan w kapeluszu do swojego partnera od szachów.
Właśnie zaczęła się jesień, rozkładając złote liście po podwórku. Pogoda była idealna – powietrze świeże, lekko się oddychało.
Jak to zwykle bywa, latem emeryci spędzali całe dnie w parku obok bloku. Znaleźli sobie ustronny zakątek z trzema ławkami i spotykali się tam codziennie, gdy tylko upał nieco odpuszczał.
Ta dobra tradycja nie zniknęła wraz z nadejściem chłodów. I teraz, mimo chłodu, panowie wracali na swoje ławki, by pogadać i pograć w szachy.
— Tak po prostu uciekła? Może to nie ona winna, tylko ty? — zażartował przeciwnik szachowy, uśmiechając się pod nosem. — Od dobrego mężczyzny nie uciekają.
Ryszard sam przeszedł przez podobną sytuację kilka lat temu, więc wiedział, gdzie może tkwić źródło tej “ucieczki”.
Siwy pan w kapeluszu podniósł na niego oczy w tym samym odcieniu co jego włosy i lekko się uśmiechnął.
— Szach i mat, Rysiu. A co do żony… to specjalnie mi na złość zrobiła! Wie, że bez niej sobie nie poradzę, więc postanowiłam mnie nastraszyć.
Wychodząc, powiedziała tylko:
— Zmęczyło mnie, Mieciu, ciągłe sprzątanie za tobą! Sam nic nie potrafisz, więc idę, żebyś zrozumiał, jak to jest.
Nawet nie powiedziała, dokąd…
— No i jak teraz, Mieciu? — spytał Ryszard, przypominając sobie własne emocje.
— Źle… A dokładniej – smutno! Chciałem się nawet pierwszej nocy rozochocić. Kupiłem nawet małą “mocną”… Włożyłem do lodówki, ale… wyjąć nie miałem komu.
Nikt mnie nie poganiał, że nie wolno, czy tam “nie śmiej”. Cisza w domu. I jakoś ochota od razu minęła. Takie przygnębienie naszło…
Ryszard parsknął śmiechem. Rozumiał Mieczysława. Sam przez to przechodził. Dokładnie tak, jak opisał.
Mieczysław się zamyślił, wpatrując się w szachownicę.
Stojący obok mężczyźni obserwowali sytuację – raz z zaciekawieniem, raz ze współczuciem.
Nikt w temu wieku nie chce zostać bez żony.
Choć codzienność potrafiła irytować, to przecież właśnie po to jest druga połówka, żeby się uzupełniać.
— To może zadzwoń, powiedz, że zrozumiałeś, żałujesz? — zaproponował nieco młodszy sąsiad.
Mieczysław machnął ręką:
— A jak ją zrozumieć? Czego ona właściwie chce?!
— Ja, jak byłem mały, to kozy pasłem na łące — nagle wtrącił się sąsiad z piątego piętra. — Jak która uciekała, to zawsze marchewką ją przywłóczyłem z powrotem. Może ty też swoją przywabisz? Z czasem reszta się ułoży.
— A czym niby? — zaśmiał się Mieczysław. — Ona już wszystko ma, więc trzeba trafić w sedno…
— Może ja zadzwonię, powiem, że byłem u ciebie pięć razy, ale nikt nie odbiera? — wpadł na pomysł sąsiad z klatki.
— O! Genialne! — ożywił się Mieczysław. — Wróci, przyleci natychmiast, pomyśli, że coś się stało. A ja tu będę – kwiatki, tort, cała parada!
I na tym się rozeszli…
…Następnego dnia, zgodnie z planem, sąsiad Władysław zadzwonił do żony Mieczysława i powiedział, że od wczoraj nie widzi męża i nikt nie otwiera drzwi.
— Może coś się stało? Lepiej niech pani przyjedzie…
Mieczysław tymczasem nie tracił czasu. Od rana biegał po sklepach – kupił wędz…Wieczorem, gdy Halinka wpadła do domu zalana łzami, zastała Mieczysława w garniturze, drzemiącego na kanapie z nadłamanym goździkiem w dłoni, a na stole – tort “Karpatka” i butelkę wiśniówki, po której tylko raz łyknął, by dodać sobie animuszu.



