Pierwszy dzień zimy rozpoczął się niefortunnie. Katarzynie trzeba było iść do pracy, a pogoda była okropna. Padał śnieg z deszczem, temperatura spadła do zera, i ani tu, ani tam. Kurtka nie wchodziła w grę, musiała założyć puchową kurtkę i ciepłe buty.
Dzień w pracy był pierwszy po długiej przerwie. Latem była tak szczęśliwa z swoim Wojtkiem, że nierozsądnie zwolniła się z pracy na jego namowę. Ukochany kupił jej wakacje nad morzem, a szef nie chciał jej wypuścić. Napisała więc wypowiedzenie… Wtedy niebo wydawało się usłane diamentami… Katarzyna była pewna, że na plaży czeka na nią oświadczyny. Po co miała wtedy pracować, pytała sama siebie? Wojtek zapewni im obojgu byt, jej grosze nie będą miały znaczenia.
Marzyła wtedy o ślubie, o dziecku, o pięknym życiu w luksusowym domu Wojtka. Jakże teraz przeklinała swoją naiwność! Na wakacjach nie padło ani jedno oświadczenie. Zabierał ją do restauracji, podarował kilka pięknych nocy i przywiózł z powrotem. Nie odszedł od razu, jeszcze przez pół roku dawał jej nadzieję, że ich związek znajdzie szczęśliwe zakończenie. A tydzień temu Katarzyna straciła cierpliwość i spytała, jakie ma plany na życie.
– Planów niewiele, Kasiu – odpowiedział. – Zamierzam wrócić do byłej żony. Mamy z ojcem wspólny interes, a on zachorował. Powiedział, że wszystko zostawi mojemu synowi, a żona będzie zarządzać do jego pełnoletności. Ale jeśli odbuduję rodzinę, wszystko przejdzie na mnie i syna. Twarde warunki. Wybacz, kochanie…
Potem poszła zwykła paplanina o miłości i smutku rozstania. Jaki to on nieszczęśliwy, bezsilny i bez praw… Katarzyna zarzuciła na ramiona jego ostatni prezent, ciepłe futro, i rzuciła krótkie:
– Żegnaj!
I zniknęła z jego życia. Nie, Wojtka nie było jej szkoda. Szkoda było straconego czasu.
Musiała przeżyć tę „tragedię” i wrócić do pracy, błagać dyrektora, by ją przyjął z powrotem. Zamieniwszy kilka słów z koleżankami, siedziała pod gabinetem szefa. Trwało poranne zebranie. Za zamkniętymi drzwiami słychać było gniewny, podniesiony głos przełożonego. Pewnie kogoś opieprzał za błędy.
Gdy wszyscy wyszli, Katarzyna nieśmiało weszła do gabinetu i, promiennie się uśmiechając, przywitała. Potem przedstawiła swoją prośbę, tłumacząc wszystko krótko: nie mogę bez pracy, życie osobiste się nie ułożyło. Szef, który pewnie darzył ją sympatią, choć był szczęśliwie żonaty, spojrzał współczująco i powiedział:
– Nikogo innego bym nie przyjął. Ale ciebie wezmę. Tylko nie na to samo stanowisko, przepraszam, nie ma wakatów. Zostaniesz moją asystentką? Małgorzata idzie na urlop macierzyński od pierwszego grudnia. Ale dyscyplina! I żadnych dodatkowych urlopów!
Musiała się zgodzić. I oto pierwszy dzień pracy. Ołówkowa spódnica, biała bluzka, dyskretny makijaż, zadbane włosy. Kalosze wzięła ze sobą, by przebrać się w biurze. Katarzyna spieszyła się na przystanek, gdy przyszła wiadomość od szefa:
„Proszę przyjść wcześniej. Awaryjna pięciominutówka.”
Spojrzała na zegarek – wcześniej się nie da. Trzeba zamówić taksówkę. Zatrzymała się, by wybrać numer, gdy nagle potrącił ją chłopak, który znikąd wyskoczył na deskorolce! I to w taką pogodę!
Znaleźli się oboje na ziemi. Kurtka w błocie, rajstopy zniszczone, telefon wylądował na jezdni. To dało się naprawić, ale chłopak najwyraźniej coś sobie zrobił – trzymał się za nogę. Podniósł się z pomocą Katarzyny i przechodniów, ale stanąć nie mógł.
Ktoś podał jej telefon. Przyjechało pogotowie.
– Kto jedzie z chłopcem? – spytał lekarz i wtedy wszyscy nagle spuścili głowy.
Musiała pojechać Katarzyna. Zabrała deskorolkę, szkolny plecak z urwanym paskiem i wsiadła do karetki. W szpitalu, zanim chłopca przebadano, jej telefon ożył. Pięć nieodebranych połączeń od szefa. Dzień pracy, nie mówiąc o pięciominutówce, już się zaczął. Zadzwoniła – nie odebrał. Po chwili przyszło SMS:
„Nie martw się. Zmieniłem zdanie. Powodzenia w znalezieniu pracy.”
Tak skończyła się jej kariera. Łzy napłynęły do oczu, ale się powstrzymała. Jeszcze czego! Pracę asystentki i tak znajdzie. Choć… Nie zdążyła dokończyć myśli, gdy z gabinetu wyprowadzono chłopca.
– Niech się pani nie martwi. Nie tak źle. Ale to lekkomyślne pozwalać dziecku jeździć w taką pogodę…
– Przepraszam, nie jestem mamą, spieszymy się. Dziękuję za pomoc – odparła Katarzyna i posadziła chłopca obok.
Wyglądał na czternaście lat.
– Jak się czujesz? – spytała. – Gdzie mieszkasz?
Podał adres, a Katarzyna zamówiła taksówkę. W tym samym czasie chłopiec wybrał numer:
– Babciu, tylko się nie martw… Jeździłem na deskorolce i… Zaraz wracam.
Katarzyna usłyszała lament w słuchawce, ale taksówka już podjechała. Opierając się na jej ramię, jakoś doszedł do auta.
Chłopiec miał na imię Krzyś, ubrany był porządnie. Widać było, że nie z biednej rodziny. Tylko czemu zadzwonił do babci, a nie do rodziców?
– Tata jest w delegacji – powiedział. – Zostawił mnie z babcią.
Dojechali do domu, na progu czekała zdenerwowana kobieta. Katarzyna krótko wyjaśniła, co się stało, i od razu została zaproszona na herbatę.
Nie odmówiła. Mieszkanie było czyste, zadbane. Z przyjemnością ogrzewała dłonie na gorącej filiżance, a babcia łajała wnuka, że bez pytania wziął tę „deskę” i oto efekt.
Wymienili się numerami i w końcu się pożegnali.
– Zadzwonię, sprawdzę, jak się masz. Jeśli będzie potrzebna pomoc, dzwoń – powiedziała Katarzyna, pożegnała wdzięczną babcię i swojego podopiecznego, i wyszła.
A gdzie właściwie miała iść? Dzień pracy się nie zaczął, kariera asystentki u zakochanego szefa też.
– Może i lepiej – pomyślała Katarzyna i pojechała do domu.
CaKiedy kilka dni później Krzysztof zadzwonił z pytaniem, czy zechce zostać jego nową asystentką, Katarzyna uśmiechnęła się, bo los w końcu się do niej uśmiechnął.



