Feniks: Odrodzenie z Popiołów

Dzisiaj znów wędrowałem ulicami martwego miasta, powoli, jakby każdy krok wymagał niebywałego wysiłku. Nie byłem już młody, ale do starości też mi daleko. Mój wzrok – żywy, bystry, lecz zmęczony – błądził po opustoszałych budynkach, jak gdyby szukał w nich śladów życia, które odeszło.

Wiatr hulał jak szalony między kamienicami, zahaczał o powyginane latarnie, podrywał z ziemi śmieci i wirował z nimi w brudnym tańcu. Latarnie trzeszczały, ale stały – uparcie, zupełnie jak ja.

Zatrzymałem się przy starej gablocie z plakatami, tak jak robiłem to prawie codziennie. Znajome mi aż do bólu ogłoszenia o dawno odwołanych spektaklach. Nie wiedziałem nawet, po co na nie patrzę – może w nadziei, że zobaczę coś nowego, a może tylko z przyzwyczajenia.

— Ech — westchnąłem w pustkę.

Teraz rozmawiałem tylko ze sobą. Żywy głos ożywiał choć trochę panującą wokół ciszę. Nagle rozległ się huk – puszka z brzękiem uderzyła o starą śmietnikową beczkę. Dochodził stamtąd dziwny, żywy szelest. Zaniepokojony podszedłem bliżej. W tej samej chwili obok mnie runął słup – dokładnie tam, gdzie stałem chwilę wcześniej. Latarnia uderzyła w gablotę, zrywając warstwę plakatów, a pod nimi nagle ukazała się reklama musicalu „Cats”.

Oszołomiony wodziłem wzrokiem od powalonego słupa do obrazu kotów, gdy znowu usłyszałem dźwięk dochodzący z beczki. Odsunąłem gruz, folie, szmaty i… zastygłem. Spod tego wszystkiego patrzyły na mnie bursztynowe oczy. Należały do wychudzonego, pokrwawionego, obdartego kota.

Nie myśląc, zdjąłem kurtkę, rozłożyłem ją na ziemi i, nie zważając na brud, wyciągnąłem biedne stworzenie. Owinąłem je, przytuliłem i ruszyłem do domu, zapominając, że zwykle spaceruję do zmroku.

Za mną, w powietrzu, jak zawsze rozległ się głos drona:
— Uwaga! Do przybycia ostatniego transportu ewakuacyjnego pozostało trzydzieści dni…

Ale dziś nie słuchałem. Całą uwagę przykuwał kot. Przez dni się nim opiekowałem – karmiłem, myłem, bandażowałem. Z każdym dniem stawał się bardziej puszysty, wyraźniejszy, żywszy. Rudy, z bursztynowymi oczami, przypominał małe ogniste słońce. Kiedyś pomyślałem na głos:

— Nie podoba ci się samotność, co?
Kot zamruczał, jakby się zgadzał.
— A ja się przyzwyczaiłem — wzruszyłem ramionami.

Pewnego wieczoru, głaszcząc kota, zamyśliłem się:
— A jak by ci było na imię?
Kot leniwie spojrzał na mnie.
— Feniks. Tak, to idealne – jesteś prawdziwym Feniksem.

Tak dostał imię.

Gdy Feniks całkiem doszedł do siebie, znów wyszliśmy na spacer. Miasto było takie samo – martwe, ciche, ale teraz już nie tak puste. We dwoje wszystko wydawało się inne. I właśnie wtedy, gdy szliśmy zakurzonym skwerem, dron przypomniał:
— Do odlotu ostatniego statku ewakuacyjnego – trzy dni.

Pięć lat temu zaczęła się ewakuacja Ziemi. Planeta umierała – zmiany klimatu, katastrofy, głód. Ludzie zjednoczyli się i przenieśli na Keplera-22b. Zostali tylko ci, którzy nie mogli lub nie chcieli odlecieć. Ja – wśród nich. Nie było już żony, nie było dzieci. Tylko wspomnienia. Ale teraz był Feniks. I z nim przyszły wątpliwości.

W przeddzień odlotu nie spałem. Kot też nie. Mruczał całą noc, jakby próbował zagłuszyć moje myśli. Nad ranem, zdecydowany, zacząłem pakować się. Kilka rzeczy, kot w torbie – i wyruszyliśmy na lotnisko.

Tłum był różnorodny: jedni żegnali, inni odlatywali. Dzieci, które rząd ewakuował przymusowo. Ci, którzy jeszcze mieli nadzieję.

Na kadłubie lądującego z hukiem statku widniała wielkimi literami nazwa: FENIKS. Uśmiechnąłem się: to znak.

Gdy przyszła kolej na kontrolę, oficer mnie zatrzymał:

— Proszę otworzyć torbę.
— To Feniks. To kot — powiedziałem.
Oficer zmarszczył brwi:
— Zwierzęta domowe są zabronione. Genetyczna pula już została ewakuowana.
— Ale on… nie ma nikogo. My nie mamy nikogo.
— Wybacz — brzmiała stanowcza odpowiedź. — Albo kot zostaje, albo pan.

Milczałem. Feniks w torbie przysiadł, nerwowo rozglądając się, wyczuwając niebezpieczeństwo. I nagle – decyzja:

— No cóż, Feniksie, widocznie nie było nam pisane. Wracamy do domu. Dziękuję, panie oficerze.

Patrzyliśmy, jak statek znika na niebie. Ja, wyczerpany, karmiłem kota. Zmierzch otulił ziemię. Wstałem, zarzuciłem torbę z kotem na ramię. Ostatnie spojrzenie w stronę kosmosu.

I nagle – iskra, oderwana od pierścienia satelitów, gwałtownie spadała. Po kilku minutach – delikatne lądowanie. Z kapsuły wyszedł… ten sam oficer.

— Pan! Dobrze, że jeszcze pan nie odszedł! Szybko, do kapsuły! „Feniks” czeka!
— Ale… a przepisy? — wyjąkałem, oszołomiony.
— Kapitan powiedział: Feniks musi być na „Feniksie”. To dobry znak. A zasady… Czasem, by pozostać człowiekiem, trzeba je złamać.

Kapsuła wzbiła się w niebo, zabierając mnie i mojego rudego towarzysza tam, gdzie zaczynało się nowe życie. Życie, w którym Feniks odrodził się – i poprowadził za sobą tego, który kiedyś postanowił zostać na umierającej Ziemi.

Rate article
Fajna Tajna
Feniks: Odrodzenie z Popiołów