Dzienniki losu: powrót do domu
Stałam dziś w sadzie w Lipinach, patrząc na jabłonie uginające się pod ciężarem owoców. Tegoroczne zbiory były wyjątkowe. Jabłka – czerwone, żółte, z rumieńcami – spadały na ziemię, wypełniając powietrze słodką wonią. Nie zbierałam ich, bo nie miał kto jeść.
W naszej wiosce prawie nikogo nie zostało. Młodzi wyjechali do miasta za lepszym życiem, a starszych można było policzyć na palcach. Zimą w Lipinach świeciły się okna może w czterech, pięciu domach.
– O czym tak dumasz, Katarzyna? – usłyszałam za plecami. – Nie zmieniłaś zdania o wyjeździe?
To była Jadwiga, sąsiadka, przyszła z wózkiem po jabłka.
– To ty, Jadziu? – westchnęłam. – Bierz, bierz, ile uniesiesz. Chociaż twojej kozie się przydadzą… Zmienić zdanie? Chciałabym, ale syn już umówił sprzedaż domu, nawet zadatek wziął.
– Szkoda cię stracić – pokiwała głową Jadwiga. – Kto tu przyjdzie? Nie wiadomo, jacy ludzie się wprowadzą. A na pewno nie na stałe, tylko letnicy.
Zamilkła i zaczęła zbierać jabłka. Patrzyłam na nią i po chwili szepnęłam:
– Taki urodzaj! Nie pamiętam podobnego. Ledwie postanowiłam wyjechać, a sad, moja ziemia, jakby trzymały mnie… Boże, jak ciężko było podjąć tę decyzję. I do dziś nie rozumiem, po co to robię.
– Synowi będzie wygodniej – odparła Jadwiga. – Nie będzie się tu tłukł, wszystko pod ręką: sklepy, lekarze. I nie trzeba harować – ani drzewa rąbać, ani ogrodu uprawiać.
– Prawda – zgodziłam się, ale głos mi drżał. – Tylko dusza tu zostanie. Rozumem wiem, ale serce nie puszcza. Jadziu, zostawiam ci kota Brysia i psa Burka. Doglądaj, aż się rozmyślę. Brysia może zabiorę do miasta, ale Burek już stary, w bloku mu nie miejsce. Ot, bieda…
– Nie martw się – skinęła Jadwiga. – Jutro zabiorę Burka do siebie, a Bryś sam przybiegnie, mądry jest. Tylko nie spóźnij się na autobus. Może jeszcze się zobaczymy. A może wrócisz… Obiecuj, że przyjedziesz w gości.
– Tak, tak… – mruknęłam. – Torby spakowane, resztę syn zabierze w weekend.
Obejrzałam dom raz jeszcze, zatrzymałam się przy kuchennej kuchni. Łzy zasłaniały oczy, ale czasu było mało. Wyszłam na drogę i usiadłam na starym pniu przy poboczu.
Wkrótce podjechał rozklekotany autobus, skrzypiąc i brzęcząc. Pożegnałam się z kierowcą i usiadłam przy oknie. Byłam jedynym pasażerem – Lipiny to ostatni przystanek.
Droga, jak zawsze, była wyboista. Po deszczach dziury wypełniły się wodą, i autobus wlókł się powoli. Nagle na jednym z garbów rozległ się głuchy zgrzyt i pojazd stanął. Kierowca, mrucząc coś pod nosem, wysiadł.
– Co się stało? – zawołałam, wychylając się przez okno.
Kierowca przykucnął przy kole i pokręcił głową:
– Kiepsko, trzeba wezwać pomoc, inaczej nocować będziemy tu.
Zaczął dzwonić, a ja, ku własnemu zaskoczeniu, poczułam ulgę. Wysiadłam i powiedziałam:
– Nie odjechaliśmy daleko, wrócę do domu. Jeśli pomoc nie przyjedzie, przenocujesz we wsi. Już późno.
– Za godzinę, półtorej będą – odparł. – Może zaczekasz? Ale naprawa trochę potrwa.
– Nie, nie czekam – odcięłam stanowczo. – Dwa kilometry do domu, dam radę.
– Na pewno? – zwątpił.
– Jeszcze jak! – uśmiechnęłam się. – Gorsze drogi chodziłam – po grzyby, do sąsiedniej wsi po chleb.
Ruszyłam żwawo z powrotem do Lipin. Torba w ręku wydawała się lekka, a serce śpiewało z radości. Jadwiga, wracając z wózkiem, zauważyła mnie na drodze.
– O rety! – krzyknęła. – Co to znaczy?
– Znaczy, że dom mnie nie wypuścił – roześmiałam się. – Zaraz zadzwonię do syna, żeby nie czekał. Autobus zepsuł się za wsią, coś z kołem. Nasze dziury znasz.
– No to świetnie! – ucieszyła się Jadwiga. – Chodź na kolację. U ciebie pusto, a u mnie gorące. Pogadamy.
Burek, zobaczywszy mnie, zaszczekał radośnie i zamerdał ogonem. Bryś wślizgnął się do domu prosto do swojej miski.
Postawiłam torbę i powiedziałam głośno:
– Boże, wybacz! Co ja wyprawiam? Nigdzie nie jadę, i koniec.
Bryś w odpowiedzi miauknął.
– Za Boga odpowiadasz, Brysiu? – uśmiechnęłam się. – Czy moją decyzję popierasz?
Kot otarł się o nogi i wskoczył na kolana.
– Poczekaj, muszę do Jacka zadzwonić, żeby się nie martwił – powiedziałam, wybierając numer.
– Jacek, słuchaj, autobus się zepsuł… Tak, zaraz za wsią. Widocznie nie mam jechać. Już jestem w domu. Nie czekaj, nie przyjadę. Nie, nie kłamię, coś z kołem. Jechałam sama. I wiesz co? Zostaję. Wybacz, synku. Odmów kupcom, przeproś.
– Mamo, na pewno? – spytał Jacek. – Właśnie chciałem powiedzieć: kupcy się wycofali. Wyobraź sobie? Zadatek zostawili, parę tysięcy na pocieszenie.
– No to dobrze! – zaśmiałam się. – Znaczy, domu nie sprzedam. Teraz już wiem na pewno.
– Dobra, pogadamy później – westchnął Jacek.
– O czym tu gadać? Gdzie się urodziło, tam żyć – odparłam. – Wybacz, synu.
– No cóż, trudno – uśmiechnął się. – Za te pieniądze drzewa na dwie zimy kupimy. Jutro zamówię.
– No to świetnie! – ucieszyłam się. – Czekam na ciebie z drewnem. Idę Jadwidze powiedzieć, że zostaję.
Jadwiga z mężem Wojtkiem szykowali kolację. Usłyszawszy wiadomość, cieszyli się tak samo jak ja.
– Z takiej okazji toast należy się – oznajmił Wojtek, podnosząc kieliszek. – Dosyć już tych przeprowadzek, Katarzyno. Zostań spokojnie, i nam spokój daj. Przywykliśmy do ciebie, nie zostawimy w potrzebie. I ty nam dobra nie skąpisz.
– ZgadzamI w tej ciszy, otuleni zapachem jabłek i blaskiem zachodu, wiedzieliśmy, że to miejsce zawsze będzie nasze.



