Cześć, Mamo!

**10 listopada, Warszawa**

Taksówka sunęła po mokrych od jesiennego deszczu ulicach. Starszy kierowca prowadził spokojnie, zerkał w lusterko na pasażerów. Młoda kobieta trzymała na rękach dziecko, może półroczne. Zaniepokoił go adres, który podali – dom dziecka.

Wyglądali na szczęśliwą parę: on – wysoki, postawny wojskowy w mundurze porucznika lotnictwa, ona – piękna kobieta o błękitnych oczach i jasnych włosach opadających na ramiona.

— Krzysiu, kwiaty! — przypomniała, zwracając się do męża.

— Pamiętam, Marysiu — odparł i poprosił kierowcę: — Proszę zatrzymać się przy kwiaciarni.

Wojskowy wysiadł, nie zważając na wiatr. Kierowca śledził go wzrokiem i zapytał:

— Mąż?

— Mąż — uśmiechnęła się, poprawiając czapeczkę dziecku.

— Śliczne macie dziecko, sami też wyglądacie na porządnych ludzi. Po co wam dom dziecka? — spytał z lekkim wyrzutem.

Kobieta nie zrozumiała pytania, a gdy pojęła jego sens, oczy jej się rozszerzyły.

— Boże… Co pan pomyślał?!

— Tak tylko… W tych czasach różnie bywa — spojrzał na nią życzliwie. — To po co tam jedziecie?

— Wychowywałam się tam. Siedem lat, potem adoptowała mnie rodzina. A mój mąż, Krzysiek, spędził tam cztery lata.

— U pani Barbary? — uśmiechnął się szeroko. — No tak! Od razu do niej? To piękne!

— Zna ją pan? — kobieta spojrzała z zaciekawieniem.

— A kto jej nie zna!

Kierowca chciał opowiadać dalej, ale drzwi się otworzyły i wnętrze wypełnił zapach róż trzymanych przez wojskowego.

— Maryś, zobacz, jakie cuda rosną w naszym mieście! — zaśmiał się Krzysiek.

— Boże, nawet mi takich nie kupiłeś! — zachwyciła się Marysia.

— Nie gniewaj się, to specjalne, tylko tu są. A kiedy ostatnio byliśmy razem w tych stronach?

— Razem? Jedenaście lat temu…

Barbara siedziała w gabinecie, otulona w wełniany szal. W budynku było ciepło, ale szal był tak miękki, tak dobrze otulał ramiona, że nie chciała go zdejmować.

Miała chwilę spokoju – starsze dzieci w szkole, młodsze spały. W domu dziecka panowała niecodzienna cisza, tylko w kuchni pobrzękiwały garnki – przygotowywano obiad.

Przeglądała album ze zdjęciami. Twarze chłopców i dziewczynek, teraz już dorosłych. Każdego pamiętała po imieniu: Kasia, Wojtuś, Ania…

A tu – Marysia Nowak, teraz już Kowalska. Adoptował ją dobry człowiek, Jan Wiśniewski, piętnaście lat temu…

A tu – Krzysiek. Gdzie ty jesteś, Krzysiu? Skończył szkołę wojskową, został pilotem. Na zdjęciu – dumny kadet, a w dzieciństwie marzył, by zostać weterynarzem, jak pan Andrzej.

Ciche kroki na korytarzu. Kto by to mógł być? Pukanie do drzwi:

— Proszę! — O mój Boże! Ogromny bukiet róż! A kto za nim?

— Krzysiu! Krysiu, mój drogi! — Kwiaty spadły na podłogę. — Gdzieżeś ty był tak długo?

— Pani Barbaro, no przecież jestem. Nie pisałem, ale nie zawsze się dało… Nie jestem sam. To moja żona. I córeczka – Basia…

— Marysiu… Maryś! To ty? Weź dziecko, Krzysiu, niech się przytulimy!

Gdy emocje opadły, goście rozgościli się w gabinecie. Śpiącą Basię położyli na kanapie, a sami usiedli przy stole.

— Jak udało wam się zachować te uczucia? Tak długo w rozłące… Jan często o was wspominał, ciepło o tobie mówił, Krzysiu.

— Dałem Marysi słowo, pani Barbaro. A ja słowa dotrzymuję.

— Już to kiedyś słyszałam — zaśmiała się Barbara. — Marysiu, a u ciebie jak się potoczyło?

— Szczęśliwie! Skończyłam medycynę, razem z Tomkiem i Jackiem, moimi braćmi. Teraz jestem pediatrą, jak tata. A z Krzysiem zawsze byliśmy blisko, nawet gdy byliśmy daleko. A to nasza córeczka, Basia – imię nawet nie podlegało dyskusji.

— Witaj, Basiu — Barbara pochyliła się nad dzieckiem. — Niech ci Bóg da szczęście. A dziadek już widział wnuczkę?

— Jeszcze nie, przyjechaliśmy najpierw do was — odpowiedziała zawstydzona Marysia.

— Zadzwońcie do niego ode mnie, bo serce mu pęknie z radości. — Barbara spojrzała na Krzysia z uśmiechem: — No, przywitaj się z Mamcią, dawno cię nie widziała.

Krzysztof odwrócił się i zastygł. Na podłodze, metr od niego, siedziała trójkolorowa kotka. W piersi ścisnęło go tak samo, jak w dzieciństwie, w opuszczonym domu, gdzie pierwszy raz ją spotkał.

Kotka mrugnęła powoli, podeszła, wskoczyła mu na kolana. Wspięła się, położyła łapki na jego naramiennikach i otarła pyszczkiem o twarz, mrucząc bez ustanku.

— Mamo, Mamciu — głaskał jej miękką sierść. — Nigdy cię nie zapomniałem — szepnął. — Gdyby nie ty…

— Połowę dzieci tu wychowała — mówiła Barbara. — Wszyscy ją pamiętają. Gdy rok temu zachorowała na raka, cały dom dziecka stał pod kliniką pana Andrzeja, gdy ją operował. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło…

Na kanapie poruszyła się mała Basia. Kotka, przepraszająco pomrukując, zeszła z kolan Krzysia i położyła się obok dziecka, które natychmiast ucichło.

— Niedługo obie idziemy na emeryturę — westchnęła Barbara. — Jan swojego Burka już dawno „zdemobilizował”. Teraz wyleguje się przy kaloryferze. Czas i na nas.

— Burek… — uśmiechnęła się Marysia. — Jak ja za nim tęsknię!

Do wieczora państwo Kowalscy bawili w domu dziecka, jedli obiad z dziećmi. Chłopcy otoczyli Krzysia, pytali o loty. Prawie wszyscy chcieli być pilotami.

— To niełatwe, chłopcy — tłumaczył. — Ale jeśli macie cel, trzymajcie się go. I pamiętajcie – najważniejsze, by być dobrymi ludźmi. Takimi, by pani Barbara mogła was wspominać z dumą!

A kotka Mamcia patrzyła na Krzysia, mrużąc zielone oczy, i mruczała z aprobatą.

Wyszli wieczorem, obiecując, że wrócą przed wyjazdem. I że będą tu zaglądać, ilekroć przyjadą do miasta.

— Słowo dKotka Mamcia położyła łebek na łapkach, zamykając oczy z błogością, bo wreszcie zadowolone było i jej kocie serce.

Rate article
Fajna Tajna
Cześć, Mamo!