*Zapiski z wiejskiego życia*
Stałem dziś w ogrodzie, patrząc na jabłonie uginające się pod ciężarem owoców. Rok był wyjątkowo urodzajny. Czerwone, złociste, z rumieńcami – jabłka spadały na ziemię, rozsiewając słodką woń. Zbierać ich nawet nie próbowałem – komu by się to przydało?
We wsi Jabłonka ledwie kilku mieszkańców zostało. Młodzi wyjechali do miasta, starszych dało się policzyć na palach. Zimą światła świeciły się w zaledwie pięciu domach.
– O czym tak dumasz, Marianno? – usłyszałem za sobą. – Nie zmieniłaś zdania o wyjeździe?
To była Halina, sąsiadka, z wózkiem po jabłka.
– Ach, to ty, Halinko? – westchnąłem. – Bierz, ile uniesiesz. Choć dla twoich kóz się przydadzą… Zmienić zdanie? Chciałbym, ale syn już umówił kupców, nawet zadatek wziął.
– Szkoda cię tracić – pokiwała głową Halina. – Kto tu teraz zamieszka? Pewnie jacyś letnicy, na chwilę.
Zamilkła i zaczęła zbierać jabłka. Patrząc na nią, szepnąłem:
– Taki urodzaj! Nie pamiętam podobnego. Ledwie zbierałem się do wyjazdu, a ziemia, mój sad, jakby mnie trzymały… Boże, jak ciężko było podjąć tę decyzję. I wciąż nie wiem, po co to robię.
– Synowi wygodniej – odparła Halina. – Będzie miał wszystko pod ręką: sklepy, lekarzy. I roboty mniej – ani drew, ani ogrodu.
– Prawda – zgodziłem się, ale głos mi drżał. – Tylko dusza tu zostanie. Rozumem wiem, że trzeba, ale serce nie puszcza. Halsiu, zostawiam ci kota Łatka i psa Burka. Dopóki się nie ogarnę… Łatka może do miasta zabiorę, ale Burek stary, w bloku mu nie miejsce. Ot, bieda.
– Nie martw się, Marianno – skinęła Halina. – Jutro Bura wezmę do siebie, a Łatek sam przybiegnie, chytry jest. Tylko nie spóźnij się na autobus. Może jeszcze się zobaczymy. A może wrócisz… Gościem zawsze będziesz mile widziany.
– Tak, tak… – mruknąłem. – Torbę spakowałem, resztę syn przywiezie w weekend.
Obejrzałem dom po raz ostatni, zatrzymałem się przy kuchennym piecu. Łzy zasłaniały oczy, ale czas naglił. Wyszedłem na drogę i usiadłem na przydrożnym pniu.
Wkrótce nadjechał stary autobus, skrzypiąc i dzwoniąc. Pożegnałem kierowcę i zająłem miejsce przy oknie. Byłem jedynym pasażerem – Jabłonka była końcową stacją.
Droga, jak zawsze, była wyboista. Po deszczach dziury wypełniły się wodą, i autobus wlókł się powoli. Nagle na jednej z górek rozległ się metaliczny zgrzyt, i pojazd stanął. Kierowca, mrucząc, wysiadł.
– Co się stało? – zawołałem przez okno.
Kierowca pokiwał głową, przyglądając się przedniemu kołu:
– Źle, panie. Trzeba wezwać pomoc, albo tu nocować.
Zaczął dzwonić, a ja, ku własnemu zdziwieniu, poczułem ulgę. Wysiadłem i powiedziałem:
– Nie odjechaliśmy daleko, wrócę do domu. Jeśli pomoc nie nadejdzie, zjaw się na noc do wsi. Już późno.
– Za godzinę, półtorej przyjadą – odparł kierowca. – Może poczekasz? Choć i tak będziemy tu grzebać.
– Nie, nie będę czekać – odrzekłem stanowczo. – Dwa kilometry do domu, przejdę.
– Dasz radę? – wątpił.
– A jakże! – uśmiechnąłem się. – Gorsze drogi przemierzałem – i po grzyby, i po chleb do sąsiedniej wsi.
Ruszyłem żwawo z powrotem do Jabłonki. Torba nagle stała się lżejsza, a serce śpiewało z radości. Halina, wracając z wózkiem, dostrzegła mnie na drodze.
– O rety! – zawołała. – Co to ma znaczyć?
– Znaczy, że dom mnie nie puścił – roześmiałem się. – Zaraz zadzwonię do syna, żeby nie czekał. Autobus się zepsuł za wsią, coś z kołem. Znasz nasze dziury.
– No i dobrze! – ucieszyła się Halina. – Chodź na kolację. U ciebie pewnie pusto, a u mnie gorące. Pogadamy.
Burek, zobaczywszy mnie, zaszczekał radośnie i merdał ogonem. Łatek wślizgnął się do domu, prosto do swojej miski.
Postawiłem torbę i powiedziałem głośno:
– Boże, odpuść mi! Co ja wyrabiam? Nigdzie nie jadę, i koniec.
Łatek odpowiedział cichym miauknięciem.
– To ty za Boga mówisz, Łatku? – uśmiechnąłem się. – Czy moją decyzję popierasz?
Kot otarł się o nogi i wskoczył na kolana.
– Poczekaj, muszę do Wojtka zadzwonić, żeby się nie martwił – powiedziałem, wybierając numer.
– Wojtek, słuchaj, autobus się zepsuł… Tak, tuż za wsią. Widocznie nie mam jechać. Jestem już w domu. Nie czekaj, nie przyjadę. Nie, nie kłamię, z kołem kłopot. Sam jechałem. I wiesz co? Zostaję. Wybacz, synu. Odmów tym kupcom, przeproś.
– Tata, na pewno? – spytał Wojtek. – Właśnie chciałem powiedzieć: kupcy dzisiaj się wycofali. I zadatku nie chcieli, zostawili parę stówek za stratę.
– No to dobrze! – zaśmiałem się. – Znak, że domu nie sprzedaję. Teraz jestem pewien.
– Dobra, pogadamy później – westchnął Wojtek.
– O czym tu gadać? Gdzie korzenie, tam i dom – odparłem. – Wybacz, synu.
– No cóż… – uśmiechnął się Wojtek. – Za te pieniądze kupimy drew na kilka zim. Jutro zamówię.
– I bardzo dobrze! – ucieszyłem się. – Czekam na ciebie z drzewem. Pójdę Halinę ucieszyć, że zostaję.
Halina z mężem Janem szykowali kolację. Usłyszawszy nowiny, cieszyli się nie mniej ode mnie.
– Z takiej okazji trzeba wznieść toast – oświadczył Jan, podnosząc kieliszek. – Dość tych przeprowadzek, Mariannie. Żyj spokojnie, i nam spokój daj. Przyzwyczailiśmy się do ciebie, nie zostawimy w potrzebie. I ty nam wielu dobrych rzeczy świadczysz.
– Prawda – wzruszyłem się, ściskając sąsiadów. – Już was nie straszę.
– I widzisz – dodałem – wszystkie znaki wskazywały, że mam zostać. Trzeba słuchaćHalina podała mi talerz z gorącą zupą, a Łatek wskoczył na parapet, przyglądając się zachodzącemu słońcu – i wtedy zrozumiałem, że prawdziwe szczęście nie mieszka w wygodach miasta, lecz w tym, by żyć tam, gdzie każdy kamień i drzewo zna twoje imię.



