„Mamo, obiecuję, że zaopiekuję się siostrą, ale musisz mi pomóc w budowie domu”

**Dziennik Jana Kowalskiego**

„Synu, będziesz miał dom. Tylko proszę, zaopiekuj się swoją chorą siostrą. Nie możesz jej porzucić” — wyszeptała matka.

— Posłuchaj mnie, synu… — ledwo słyszalnym głosem westchnęła.

Każde słowo przychodziło jej z trudem. Choroba bezlitośnie zabierała jej życie. Leżała w łóżku, wynędzniała, niemal prześwitująca. Janowi wydawało się, że to nie jego matka. Dawniej była wysoka, pełna sił, o łagodnym uśmiechu. Ale teraz…

— Synu, błagam, nie zostawiaj Wandy… Trzeba ją chronić. Ona jest inna… Ale to nasza krew… Obiecaj mi… — matka z nagłą siłą ścisnęła dłoń Jana. Skąd wzięła tyle mocy?

Jan zmarszczył brwi. Wzrok mimowolnie przemknął w stronę starszej siostry, Wandy, która siedziała w kącie ich maleńkiego mieszkania w Poznaniu. Miała już ponad czterdzieści lat, a wciąż bawiła się lalką, nucąc coś pod nosem. Uśmiechała się, jakby czekało ją święto, a nie pożegnanie z umierającą matką.

Jan miał udane życie: własną firmę budowlaną, drogi SUV, przestronny dom nad Wartą. Ale w tym domu nie było miejsca dla Wandy. Dzieci bały się jej dziwnego zachowania, a żona, Krystyna, nazywała ją „wariatem”. Choć Wanda była cicha, niegroźna, nikogo nie dotykała.

— No wiesz… mam rodzinę… a Wanda… ona jest… — mruczał Jan, próbując wyswobodzić rękę z słabego, lecz upartego uścisku matki.

— Synu, dom twojego ojca przejdzie na ciebie… A dla Wandy zostawiłam trzypokojowe mieszkanie. Wszystko już załatwione.

— Skąd pieniądze? — Jan i Krystyna wymienili się spojrzeniami, oszołomieni. Ich twarze nawet pojaśniały na tę wiadomość.

— Opiekowałam się starszą nauczycielką… Nosiłam jej jedzenie, leki… Żal mi jej było, była dobra. Nie spodziewałam się, że zapisze mi swoje mieszkanie. Przeniosłam je na Wandę, żeby miała swój kąt. Ale ty… miej na nią oko, błagam… Później to mieszkanie przypadnie twoim dzieciom albo wnukom… Kto wie, jak długo pożyje…

Pożegnali się z matką. Zmarła tej samej nocy.

Wanda, jak się zdawało, nie rozumiała, że została sierotą. Jan od razu zabrał ją do siebie i zaczął remontować tamto trzypokojowe mieszkanie.

— Po co Wandzie tak duże mieszkanie? Niech na razie mieszka z nami. A tam znajdziemy lokatorów — dzielił się planami z żoną, pełen zapału.

Krystyna początkowo się nie sprzeciwiała. Wanda nie sprawiała kłopotów: całymi dniami bawiła się lalkami albo przeglądała swoje rzeczy w szafie, zawsze z uśmiechem. Ale jej dziwactwo niepokoiło. „Dziś jest spokojna, a co będzie jutro?” — szeptała Krystyna mężowi.

— Wytrzymaj trochę — prosił Jan. Ale pół roku po śmierci matki, z pomocą znajomego notariusza, przepisał na siebie zarówno dom ojca, jak i mieszkanie siostry. Wandę namówił do podpisania papierów, nie tłumacząc, o co chodzi.

Od tej chwili życie chorej siostry stało się piekłem.

Gdy Jan był w pracy, Krystyna znęcała się nad Wandą. Wyzywała ją, zamykała w pokoju na cały dzień, nawet latem nie wypuszczając na dwór. Czasem zamiast jedzenia stawiała przed nią miskę z karmą dla kotów, krzyczała, doprowadzając biedną kobietę do łez. Pewnego razu Krystyna uderzyła Wandę w twarz. Ta tak się przestraszyła, że… zeszła się ze strachu.

— Nie tylko jesteś stuknięta, ale jeszcze się moc**Dziennik Jana Kowalskiego**

„Synu, będziesz miał dom. Tylko proszę, zaopiekuj się swoją chorą siostrą. Nie możesz jej porzucić” — wyszeptała matka.

— Posłuchaj mnie, synu… — ledwo słyszalnym głosem westchnęła.

Każde słowo przychodziło jej z trudem. Choroba bezlitośnie zabierała jej życie. Leżała w łóżku, wynędzniała, niemal prześwitująca. Janowi wydawało się, że to nie jego matka. Dawniej była wysoka, pełna sił, o łagodnym uśmiechu. Ale teraz…

— Synu, błagam, nie zostawiaj Wandy… Trzeba ją chronić. Ona jest inna… Ale to nasza krew… Obiecaj mi… — matka z nagłą siłą ścisnęła dłoń Jana. Skąd wzięła tyle mocy?

Jan zmarszczył brwi. Wzrok mimowolnie przemknął w stronę starszej siostry, Wandy, która siedziała w kącie ich maleńkiego mieszkania w Poznaniu. Miała już ponad czterdzieści lat, a wciąż bawiła się lalką, nucąc coś pod nosem. Uśmiechała się, jakby czekało ją święto, a nie pożegnanie z umierającą matką.

Jan miał udane życie: własną firmę budowlaną, drogi SUV, przestronny dom nad Wartą. Ale w tym domu nie było miejsca dla Wandy. Dzieci bały się jej dziwnego zachowania, a żona, Krystyna, nazywała ją „wariatem”. Choć Wanda była cicha, niegroźna, nikogo nie dotykała.

— No wiesz… mam rodzinę… a Wanda… ona jest… — mruczał Jan, próbując wyswobodzić rękę z słabego, lecz upartego uścisku matki.

— Synu, dom twojego ojca przejdzie na ciebie… A dla Wandy zostawiłam trzypokojowe mieszkanie. Wszystko już załatwione.

— Skąd pieniądze? — Jan i Krystyna wymienili się spojrzeniami, oszołomieni. Ich twarze nawet pojaśniały na tę wiadomość.

— Opiekowałam się starszą nauczycielką… Nosiłam jej jedzenie, leki… Żal mi jej było, była dobra. Nie spodziewałam się, że zapisze mi swoje mieszkanie. Przeniosłam je na Wandę, żeby miała swój kąt. Ale ty… miej na nią oko, błagam… Później to mieszkanie przypadnie twoim dzieciom albo wnukom… Kto wie, jak długo pożyje…

Pożegnali się z matką. Zmarła tej samej nocy.

Wanda, jak się zdawało, nie rozumiała, że została sierotą. Jan od razu zabrał ją do siebie i zaczął remontować tamto trzypokojowe mieszkanie.

— Po co Wandzie tak duże mieszkanie? Niech na razie mieszka z nami. A tam znajdziemy lokatorów — dzielił się planami z żoną, pełen zapału.

Krystyna początkowo się nie sprzeciwiała. Wanda nie sprawiała kłopotów: całymi dniami bawiła się lalkami albo przeglądała swoje rzeczy w szafie, zawsze z uśmiechem. Ale jej dziwactwo niepokoiło. „Dziś jest spokojna, a co będzie jutro?” — szeptała Krystyna mężowi.

— Wytrzymaj trochę — prosił Jan. Ale pół roku po śmierci matki, z pomocą znajomego notariusza, przepisał na siebie zarówno dom ojca, jak i mieszkanie siostry. Wandę namówił do podpisania papierów, nie tłumacząc, o co chodzi.

Od tej chwili życie chorej siostry stało się piekłem.

Gdy Jan był w pracy, Krystyna znęcała się nad Wandą. Wyzywała ją, zamykała w pokoju na cały dzień, nawet latem nie wypuszczając na dwór. Czasem zamiast jedzenia stawiała przed nią miskę z karmą dla kotów, krzyczała, doprowadzając biedną kobietę do łez. Pewnego razu Krystyna uderzyła Wandę w twarz. Ta tak się przestraszyła, że… zeszła się ze strachu.

— Nie tylko jesteś stuknięta, ale jeszcze się mocysz? Wynoś się z mojego domu, nie chcę cię na oczy widzieć! — wrzeszczała Krystyna.

Spakowała rzeczy Wandy do worka na śmieci i wyrzuciła za bramę.

— Gdzie Wanda? Nie widziałem jej dziś — zapytał Jan wieczorem, kładąc się do łóżka.

— Uciekła! — odcięła się Krystyna z irytacją. — Wyobraź sobie, ta twoja siostra zesikała się w środku pokoju, a potem zamknęła w sypialni. Ledwo otworzyłam drzwi, zwymyślałam ją, a ona złapała torbę i uciekła. Nie będę za nią latać! Księżniczka się obraziła… — prychnęła pogardliwie.

Jan zastygł. Milczał, ważąc coś w myślach, w końcu mruknął:

— No, skoro uciekła… — i włączył telewizor. — A tak w ogóle, znalazłem lokatorów do tamtego mieszkania.

Noc była ciężka. Jan nie zmrużył oka do rana, myśląc o Wandzie. Gdzie jest? Czy wszystko w porządku? Przecież była jak trzyletnie dziecko, zupełnie nieprzystosowane do życia. Dopiero nad ranem zdrzemnął się. Przyśniła mu się matka.

„Prosiłam cię, synu…” — powiedziała, leżąc w drewnianej trumnie, i pogroziła palcem.

Ten sen nawiedzał go co tydzień, wysysając resztki sił. Jan nie wytrzymał. Dwa miesiące po zniknięciu siostry zadzwonił do przyjaciółki matki, swojej chrzestnej, Hanny, mając nadzieję, że wie coś o Wandzie.

— Co, Jasiu, sumienie cię gryzie? — spytała lodowato Hanna. — Dobrze, że wtedy wpadłam do twojej matki. Znalazłam tam Wandzię. Była przerażona, nieszczęśliwa. Do dziś nie wiem, jak ta biedaczka tam trafiła! Teraz mieszka u mnie. Zaopiekuję się nią, nie potrzebuję jej mieszkania. A ty żyj z poczuciem winy. Módl się, żeby rozum ci służył do końca!

— Ciociu, daj spokój… — burknął Jan i rzucił słuchawkę. Odetchnął z ulgą: siostra się znalazła, wszystko w porządku. Może żyć dalej.

Wanda zmarła dwa miesiące później. Dopadła ją ta sama choroba, która zabrała matkę. Jan nie przyszedł na pogrzeb — miał „pilne sprawy” w firmie.

Minęło dziesięć lat. Teraz Jan sam leży przykuty do łóżka. Ciało boli, ale dusza jeszcze bardziej. Krystyna dawno już do niego nie zagląda — mieszka z nowym mężczyzną w pokoju obok. Dorosłe dzieci odwiedzają rzadko, krzywiąc się: „Znowu śmierdzi od ciebie…” Jan, jak jego bliscy, powoli gasł.

Pewnego dnia Krystyna weszła z dokumentami:

— Podpisz, trzeba załatwić sprawy z firmą.

Podpisał. Później zrozumiał: to była darowizna na dom. Potem — na firmę. Za późno. PrzypomniaI ostatnią myślą, która towarzyszyła mu przed śmiercią, było wspomnienie siostrzyczki, która w dzieciństwie podarowała mu swój jedyny kawałek chleba.

Rate article
Fajna Tajna
„Mamo, obiecuję, że zaopiekuję się siostrą, ale musisz mi pomóc w budowie domu”