Cień w przededniu szczęścia
W cichym miasteczku u stóp pagórków, gdzie poranne mgły snuły się nisko po ziemi, Halina z przyjaciółkami hucznie obchodziła wieczór panieński. Jutro miała zostać żoną swojego narzeczonego, Marka. Zabawa była w pełni: brzęk kieliszków, śmiech, muzyka. Nagle rozległo się pukanie do drzwi. Halina, poprawiając sukienkę, ruszyła otworzyć.
— Dobry wieczór — powiedziała starsza kobieta, stojąca na progu. Jej głos miał miękką, przepraszającą nutę. Zmarszczona twarz wydawała się niepokojąco znajoma.
— Dobry… — odparła Halina. W powietrzu zawisła ciężka cisza. Czekała, co powie nieznajoma.
— Przyszłam cię ostrzec: nie wychodź za Marka — wyrzuciła z siebie kobieta, a jej oczy, jak żarzące się węgle, wpiły się w Halinę.
— Co? Dlaczego? — Halina patrzyła na staruszkę oszołomiona, nie rozumiejąc, co się dzieje.
—
W przeddzień ślubu przyjaciółki, jak przystało, urządziły Halinie wieczór panieński. Ostatnie lata mieszkała w niewielkim domu na skraju miasteczka, który odziedziczyła po babci. Dom był skromny, ale ciepły, z drewnianymi podłogami i oknami, za którymi rosły stare klony. Choć droga do pracy zajmowała godzinę, Halina nie narzekała. Tutaj powietrze pachniało piołunem, dojrzewającymi gruszkami i poranną rosą. Rankiem szeleściły liście, wieczorem śpiewały świerszcze, a ta prosta życie wypełniało jej duszę spokojem, którego tak brakowało w miejskim zgiełku.
Przyjaciółki proponowały, by wieczór panieński zorganizować w modnym klubie czy restauracji, ale Halina było stanowcza — chciała go spędzić w swoim domu. To nie był tylko wieczór pożegnania z życiem panny — to było pożegnanie z jej azylem, z tym zakątkiem ciszy.
Marek, jej narzeczony, stanowczo odmawiał życia na wsi. „Na emeryturze może i pociągnie mnie do grządek — mówił — ale teraz nie zamierzam tracić pół dnia na dojazdy. Co w tej dziurze dobrego? Nuda aż piszczy!”
Halina milcząco się zgadzała. Dom zostanie, będzie przyjeżdżać w weekendy. Ale ich spojrzenia na życie często się rozchodziły. Kłócili się o drobiazgi i o poważne rzeczy: o to, jak wydawać pieniądze, gdzie jechać na wakacje, jak wychowywać przyszłe dzieci. Marek zawsze pierwszy godził się, przywoził kwiaty, zabierał ją do kawiarni, przysięgał miłość. Jego uczucia były gwałtowne, gwałtowne jak letnia burza.
Czy Halina kochała? Odegnała te myśli. Gdy się nad tym zastanawiała, w duszy zamiast drżenia pojawiała się pustka — lodowata, pożerająca otchłań, która pochłaniała wszystko, co było jej drogie: stare książki w wytartych okładkach, herbatę z miętą w ulubionym kubku w stokrotki, nawet jej kota, mruczącego na kolanach. Na samą myśl robiło się jej duszno. Oczywiście, to tylko urojenia, ale wydawały się tak realne, że cierpła skóra.
Halina nie kochała Marka. Ale i tak szła do ołtarza. Był od niej starszy o dziesięć lat, pewny siebie, dobrze sytuowany. „Z nim nie zginiesz”, szeptały przyjaciółki. Halina kiwała głową, ukrywając wątpliwości. I oto dzień ślubu wyznaczony. Biała suknia wisiała w szafie, kusząca i przerażająca. Dzisiaj — szampan, truskawki, śmiech przyjaciółek, a jutro — przysięga przed ołtarzem.
Przez wesoły gwar Halina ledwo dosłyszała pukanie. Najpierw pomyślała, że się jej zdawało, ale po chwili powtórzyło się. Nikt więcej nie miał przyjść. Podeszła do drzwi.
— Dobry wieczór — powiedziała starsza kobieta. Wyglądała jak emerytowana nauczycielka: siwe włosy spięte w ciasny kok, ciemny sweter na bluzce, długa spódnica, zniszczone pantofle. Ale jej oczy — szare, przenikliwe — patrzyły tak, jakby widziały duszę na wylot.
— Dobry — odparła Halina, czekając na ciąg dalszy.
— Nazywaj mnie Jadwiga Wiśniewska. Jestem matką Tomasza Nowaka — przedstawiła się kobieta.
— Coś się stało Tomaszowi? Albo Kacprowi? — zaniepokoiła się Halina. Tomasz był jej sąsiadem, a Kacper — jego synem. Żona Tomasza odeszła kilka lat temu, zostawiając go z dzieckiem i długami. Tomasz się nie załamał, ciężko pracował, surowo, ale sprawiedliwie wychowywał syna. Halina pomagała sąsiedzko: piekła ciasta, przynosiła Kacprowi książki z biblioteki, posadziła pod ich oknami kwiaty — stokrotki i floksy. Tomasz nie pozostawał dłużny: naprawiał płot, pomagał z półkami. Kacper zabierał Halinę na spacery, razem zbierali jagody, z których robiła konfitury, dzieląc się nimi po równo. Halina wiedziała, że Tomasz ma matkę, ale ta mieszkała w sąsiedniej wsi i rzadko przyjeżdżała.
— Nie, z nimi wszystko w porządku — uspokoiła Jadwiga Wiśniewska, unosząc chude dłonie. — I dzięki tobie, Halina. Wiem, jak się o nich troszczysz. Przyjechałam dziś do syna, postanowiłam wpaść podziękować.
— Ależ to nic takiego — zmieszała się Halina. — To przecież sąsiedzka pomoc…
— Właśnie za to dziękuję — przerwała staruszka, a w jej głosie zabraHalina spojrzała w okno, gdzie za szybą bielił się księżyc, i zrozumiała, że nigdy nie jest za późno, by zacząć od nowa.



