„Karmiłeś mnie obietnicami, a on – obiadem”: jak Leon stracił wszystko
Leon kręcił się po maleńkiej kuchni jak niedźwiedź w klatce. Przecierał dłonie, przestawiał talerze, przesuwał cukiernicę – szukał oparcia w tym świecie, którego przecież nienawidził. W głowie wirowała mu myśl: trzeba to skończyć. Koniec. Nie da rady dłużej.
Dominika oczywiście będzie płakać. Będzie błagać, żeby został. Powie, że się stara, że jest zmęczona. Zapewni, że da się jeszcze naprawić. Ale on wiedział swoje: koniec. Już ich nie ma. Są tylko dwaj lokatorzy sklejeni kredytem i lodówką. Bez miłości, bez szacunku, nawet bez irytacji. Pustka.
Usłyszał, jak klucz obraca się w zamku. Zebrał się w sobie jak przed skokiem z mostu.
Dominika weszła do mieszkania, opadła na podnóżek. Pierwsze, co zrobiła – zdjęła buty. Te cholernie drogie buty. Dzień miał koszmarny – praca jako doradczyni w sklepie odzieżowym w galerii handlowej zmieniła ją w wieloręką maszynę: podaj, przynieś, przymierz, pomóż. Wiosna budziła w ludziach pragnienie zmian: jedni szukali miłości, inni – nowej sukienki.
– Cześć. Zmęczona? – zapytał ostrożnie Leon.
– Jak pies. Ani minuty siedzenia – westchnęła, nie patrząc na niego.
– No tak. Obiad będzie?
Dominika skinęła głową i poszła do kuchni. Dwadzieścia minut później garnek już bulgotał, patelnia skwierczała, a powietrze wypełniły aromaty, w których Leon wciąż próbował znaleźć sens życia.
Stał w drzwiach, zbierał się na odwagę. Głęboki wdech.
– Dominika… – zaczął. – Musimy pogadać.
Żona odwrócila się do niego, dalej obierając ziemniaki. Bez zdziwienia, bez niepokoju.
– Rozstańmy się – wyrzucił z siebie. – Nie mogę już. Jesteśmy sobie obcy. Zabiłaś we mnie pasję. Jestem artystą, a ty – codziennością. Żądasz pieniędzy, nie dajesz mi się rozwijać, podcinasz skrzydła. Nie chcę tak dalej.
To był improwizowany monolog, ale brzmiał, jego zdaniem, bardzo artystycznie. Jakby na casting w Teatrze Dramatycznym.
Dominika dalej mechanicznie skrobała ziemniaki, aż w końcu cisnęła je do zlewu, zdjęła fartuch, zgasiła palnik i spojrzała na niego.
– No dobra! – powiedziała spokojnie. – Dobra, Leon. Wyprowadź się, jeśli cię to dusi.
Oniemiał. To nie było w scenariuszu. Gdzie łzy? Gdzie krzyk?
Gdy jeszcze próbował ogarnąć jej reakcję, Dominika zrobiła sobie kawę, wyjęła ser i ciastka, usiadła przy stole.
– Dominia… jesteś w szoku, wiem. Ale przecież też to czułaś, prawda? Gotujesz bez serca. Wszystko robisz mechanicznie…
– Tak – potwierdziła, popijając kawę. – Bez serca.
Rozmowa się sypała. Gubił wątek, zapominał kwestii.
– Musimy ogarnąć sprawę z mieszkaniem – zaczął niepewnie. – I z resztą…
– Myślałam, że jesteś tak udręczony tą codziennością, że rzucisz wszystko i uciekniesz. A tu proszę – hipoteka cię obchodzi – zażartowała. – No dobrze. Zostaw mi mieszkanie. Ale oddasz połowę wpłaconych pieniędzy. Wrócę do taty. Stary już, samotny, ciągle mnie woła.
– Ale z ciebie materialistka – westchnął Leon. On myślał, że będzie prościej. Marzył o karierze filmowej, chodził na castingi, pracując jako ochroniarz. Wszystko, co zarabiał, oddawał jej, nie zagłębiając się w szczegóły. A tu – pieniądze, raty, dokumenty.
Chciał wolności. A dostał rozliczenie.
– Dominika, zatrzymaj wszystko. Oddasz, kiedy będziesz mogła. Nie jestem potworem – dodał z patosem, jakby ofiarowywał jej nie mieszkanie, tylko pałac w Wilanowie.
– Dzięki. A przy okazji – masz już kogoś? – zapytała, wyraźnie obojętna.
– To nieistotne – mruknął tajemniczo. Niech myśli, że jest na topie.
Wyszedł z lekkim uczuciem zwycięstwa. Wolność. Życie artysty bez patelni i pretensji.
Minęło pół roku.
Leon stał pod dobrze znanymi drzwiami i wahał się. Wszystko się zmieniło. Życie u mamy okazało się koszmarem. Winiła go za rozwód, gderała o nieudanej karierze, wyrzucała pod byle pretekstem, robiła sceny, gdy przyprowadzał kobiety. Nawet jedna kelnerka uciekła, nie wytrzymując jej komentarzy.
Mama była gorsza niż Dominika. O wiele gorsza.
Wisienką na torcie było żądanie, żeby się wyprowadził. Był pewien, że ma kogoś nowego. Pokłócili się. Nazwała go nieudacznikiem i kazała znaleźć pracę, zamiast marzyć o filmach.
I wtedy zadzwoniła Dominia. Zaproponowała, żeby wreszcie zamknąć sprawę mieszkania i sfinalizować rozwód. I oto jest – stoi przed dawnym domem.
Przygotował się: w myślach przećwiczył cierpki wyraz twarzy, słowa żalu, suchą łzę.
Nacisnął dzwonek.
– Cześć. Wchodź – otworzyła Dominika. Wyglądała… świetnie. Albo on po prostu stęsknił się za nią.
Wszedł do kuchni jak u siebie. I zdrętwiał.
Przy kuchence stał półnagi facet w dresie i smażył kotlety. Na patelni syczało, na stole leżała plika banknotów.
– Ty kto? – zapytał Leon ochrypłym głosem.
– Marek – odparł facet, nawet się nie odwracając.
– Dominia… możemy pogadać? – jęknął Leon.
W pokoju warknął:
– Co on tu robi?!
– Obiad gotuje – spokojnie odparła.
– A ja?
– A ty wyszedłeś.
Cisza. Gęsta jak bigos.
– A jeśli… wrócę?
– Gdzie? Miejsce zajęte. Markowi nie przeszkadza moja „przyziemność”. Dla niego liczy się rodzina, dzieci, domek za miastem. Pobierzemy się, jak tylko stempel w papierach ostanie.
– A ty?
– Ja tak.
– A ja?! – zawył. – Czym on jest lepszy?
– Tym, że ty karmiłeś mnie obietnicami. A on – obiadem.
Koniec.



