Trudny wybór: Powrót

Trudna decyzja. Powrót

— Chcesz — leć — rzucił Olek, stawiając filiżankę w zlewie. Jego głos był spokojny, niemal obojętny. — Tylko nie licz na moje wsparcie. Ani moralne, ani fizyczne.

— I nie liczę — cicho odpowiedziała Wioletta, nie patrząc na niego.

— Potem nie mów, że szkoda było jechać.

— Może powiem. A może nie. Ważne, żeby nie żałować, że się nie spróbowało.

I pojechała.

Lot z przesiadką się opóźnił, a łączący samolot odleciał, nawet nie zauważając jej spóźnienia. Siedem godzin męczącego czekania w dusznym lotnisku, plastikowa kanapka i torba na ramieniu zamiast walizki — suknia została w luku bagażowym na innym kontynencie.

W hotelu poinformowali, że rezerwacja „nie przeszła”. Młody człowiek za recepcją wyjaśniał to z uśmiechem, jakby mówił o czymś błahego:

— Przepraszam, pani, wszystko zajęte. Mogę podać listę pobliskich moteli.

— Dziękuję — rzuciła oschle Wioletta. — Właśnie takiej listy życiowych porażek mi teraz brakowało.

Usiadła w kawiarni za rogiem, zamówiła kawę i wpatrując się w ekran telefonu, przewijała kontakty. Palec zatrzymał się na nazwisku: Agnieszka Nowak. Przyjaciółka z uczelni, z którą razem studiowały w Krakowie. Potem korespondencja, rzadkie lajki… i cisza.

„Może zaryzykować?” — pomyślała Wioletta i wysłała krótką wiadomość.

Odpowiedź przyszła po trzech minutach:

„Oczywiście, przyjeżdżaj! Mamy pokój gościnny. Suknię też znajdziemy, bez problemu. Tylko pewnie jesteś chudsza — wezmę coś luźniejszego. Jak długo cię nie było!”

Rankiem jechały już ulicami podwarszawskiego przedmieścia. Wioletta czuła, jak z każdym zakrętem samochód zabiera ją coraz głębiej w przeszłość, która dawno umarła. Agnieszka przez ten czas bardzo się zmieniła — zadbana, pewna siebie, ale wciąż ta sama dobra, bez śladu buty. Dała adres klubu, krytycznie zmierzyła Wioletę wzrokiem, ułożyła jej włosy, spryskała lakierem, podała broszkę:

— Idziesz tam nie jak cień przeszłości, ale jak kobieta, która zna swoją wartość. Oni wszyscy tam — z takimi samymi twarzami i ustami. Ale nie wszyscy mają duszę. Trzymaj się prosto, Wioletta.

Impreza była pełna przepychu.

Namioty, wypielęgnowane trawniki, kelnerzy z szampanem, kobiety w projektowych strojach — jakby wyszły z jednej formy. Wszystko drogie, wymuszone i… obce. Znajomych twarzy Wioletta nie dostrzegła. Tylko nowe — opalone, poprawiane, pełne pewności siebie.

Sławek pojawił się jako pierwszy. Trochę postarzały, ale wciąż ten sam. Podeszła, przepraszająco się uśmiechnął, przytulił, szepnął:

— Cieszę się, że przyjechałaś. Przepraszam, nie powiedziałem Julii. Chciałem, żeby po prostu zobaczyła…

Wioletta nie odpowiedziała. Już wszystko stało się jasne.

Julia podeszła chwilę później. Nie sama — z całym orszakiem. Suknia od projektanta, twarz idealnie ułożona, wzrok — szklany.

— Wioletta? Jaka niespodzianka — powiedziała z grymasem, który udawał uśmiech. — Ty… tutaj?

— Ja — to ja. A tutaj — to tylko miejsce — spokojnie odparła Wioletta. — Gratulacje z okazji jubileuszu.

— Dziękuję. Mam nadzieję, że podróż cię nie zmęczyła?

— Trochę. Ale Agnieszka Nowak pomogła. Zabawne, jak trwałe bywają stare więzi, nawet po latach.

— Agnieszka? No tak… To ona nam pomogła, gdy się przeprowadzaliśmy. Podobno ma dobry gust. To nie jej suknia?

— Jest wygodna. I leży lepiej niż niektóre wspomnienia.

Julia na moment straciła rezon.

— No cóż… Mam nadzieję, że podoba ci się wieczór.

— Już mi się podoba. Dzięki za zaproszenie.

— Ja… nie zapraszałam.

— Ale też nie wyrzucasz — odparła Wioletta z lekkim półuśmiechem.

Później, gdy jeden z gości nagle osunął się na krześle i zaczął sinieć, w sali wybuchła panika.

— On się dusi! — krzyknęła kobieta w sukni w leopardzie. — Ktoś, wezwijcie karetkę!

— Jestem lekarzem — spokojnie oznajmiła Wioletta, już stojąc obok. Bez histerii, bez zamieszania, precyzyjne. Badanie, puls, podłożona pod głowę torba, rozpięty kołnierz. Działała, jakby robiła to codziennie. I robiła.

Karetka przyjechała po piętnastu minutach. Przez ten czas ani Julia, ani nikt z jej świty nawet nie podszedł.

Rano Wioletta obudziła się w pokoju u Agnieszki. Suknia leżała starannie złożona na krześle, na stole — kawa i karteczka:

„Postąpiłaś słusznie. Jeśli zechcesz znów zniknąć w tym mieście — dzwoń. Pokój jest twój”.

Na lotnisku czuła lekkość.

Nie dlatego, że wszystko się skończyło.

Ale dlatego, że wreszcie wszystko znalazło swoje miejsce.

Ta przyjaźń umarła dawno temu. Tylko pogrzeb się przeciągnął. Teraz się odbył. Bez kwiatów. Bez łez. Ale z pożegnaniem.

Olek czekał na nią przy wyjściu. Jego kudłaty pies Burek o mało nie przewrócił jej z radości.

— No i jak, udało się? — zapytał.

— Zamknęłam temat.

— Z hukiem?

— Troszkę. Ale z godnością.

— I?

— Już mnie tam nie ciągnie.

Wziął od niej torbę.

Ona wzięła go pod ramię.

I poszli do domu.

Rate article
Fajna Tajna
Trudny wybór: Powrót