W małym, przytulnym miasteczku nad rzeką, gdzie wieczorami zapalają się latarnie, Kinga sprzątała w kuchni. Zapach świeżo upieczonego sernika unosił się w powietrzu, gdy nagle zadzwonił telefon. Na ekranie wyświetliło się nazwisko przyjaciółki Ewy, z którą Kinga nie rozmawiała od lat.
– Ewka, cześć! Jak miło cię słyszeć! – wykrzyknęła Kinga, wycierając ręce w fartuch.
Po wymianie uprzejmości Ewa nagle zapytała:
– Kinga, ty i Tomek się rozwodzicie?
– Nie! Skąd ci to przyszło do głowy? – zdziwiła się Kinga, serce zamarło jej na chwilę.
– Dziwne, to jak wytłumaczysz to? – w głosie Ewy pobrzmiewał niepokój.
Po chwili Kinga dostała wiadomość ze zdjęciem. Otworzyła je, spojrzała na fotografię i zastygła, jakby świat wokół się zawalił.
—
– Kurczę, jak mnie to wszystko wkurza! – wpadł do mieszkania Tomek, rzucając klucze na komodę w przedpokoju.
– Tomku, co się stało? – zdziwiła się Kinga. Zawsze wracała z pracy wcześniej niż mąż, zdążając posprzątać i przygotować kolację.
– Co, co?! Wszystko! – warknął, zrzucając kurtkę. – Ta praca, rutyna, codzienność! Zero perspektyw, zero życia! Kinga, może gdzieś uciekniemy, odpoczniemy. Nad jezioro, do sanatorium. Już nie wytrzymuję!
– Ale trzeba wziąć urlop – zastanowiła się Kinga. – Obiecaliśmy twojemu ojcu pomóc z działką…
– Walić działkę! – przerwał Tomek. – Nie ucieknie w ciągu dwóch tygodni, a ja zaraz eksploduję! Co jest dla ciebie ważniejsze – grządki czy ja?
– Oczywiście, że ty – cicho odpowiedziała Kinga, widząc powagę w jego oczach. – Porozmawiam w pracy, nie powinny odmówić. Dwa lata bez urlopu.
– To kupuję bilety? – ożywił się Tomek, zacierając ręce.
– Kupuj – skinęła głową Kinga. Ona też od dawna marzyła o ucieczce od codzienności: matura syna, jego wyjazd na studia do innego miasta, zalanie przez sąsiadów z góry, przez które musieli remontować mieszkanie. Siły ją opuszczały.
– Zdecydowane – ogłosił Tomek. – Nad jezioro za drogo, jedziemy do sanatorium. Jest natura, jezioro obok, a cena nie zrujnuje naszego budżetu.
Kinga nie protestowała. Rzadko sprzeciwiała się mężowi. Nawet gdy po zalaniu Tomek kupił tańsze tapety zamiast tych, które jej się podobały, albo gdy odradzał jej dobrą pracę, mówiąc:
– To przez całe miasto jeździć! Dom zaniedbasz. I co z tego, że pensja dobra? Ja mało zarabiam? Wiesz, że w sklepie obok szukają kasjerek. Blisko, a i zakupy pod ręką.
Kinga ustąpiła. Praca w sklepie jej nie nęciła, ale w domu wszystko ogarniała. Tylko raz stanowczo się sprzeciwiła, gdy Tomek próbował zmusić syna, by nie szedł na wybrane przez siebie studia.
– Nie! – odcięła wtedy. – Nasz syn sam decyduje, gdzie się uczyć. Nie waż się go naciskać!
Tomek, nie spodziewając się takiego oporu od uległej żony, ustąpił, ale potem ciągle przypominał, że „przestano się z nim liczyć”. Kinga za każdym razem go uspokajała, zapewniając, że to nieprawda.
Bilety do sanatorium kupione, walizki spakowane, urlopy załatwione. Dwa dni przed wyjazdem zadzwonił teść, Jan Kowalski.
– Kinga, cześć – głos mu drżał. – Tomka nie mogę dodzwonić. Wszystko z nim w porządku?
– Dzień dobry, panie Janie. Tomek poszedł do apteki, telefon zostawił – odpowiedziała Kinga. – Co się stało? Brzmi pan niespokojnie.
– Plecy mnie złapały – westchnął teść. – Ani wstać, ani usiąść. Może syn przyjedzie? Choć maścią posmaruje, bo sam nie dam rady. Pielęgniarka drogo bierę, a sąsiadka, co pomagała, się wyprowadziła.
– Oczywiście, przekażę. Jak tylko Tomek wróci, przyjedziemy – obiecała Kinga.
Po powrocie Tomek wysłuchał żony i skrzywił się:
– No nie mogło być inaczej? Akurat teraz?
– Tomek, co ty mówisz? – oburzyła się Kinga. – To twój ojciec! Choroba nie pyta o termin. Jedziemy, zobaczymy, jak się czuje.
– Ma przecież siostrę, jeśli zapomniałaś – burknął Tomek.
– Jego siostra ledwo chodzi, pamiętasz? – podniosła głos Kinga. – Dość tego, jedziemy.
Mrucząc pod nosem, Tomek poszedł za żoną. Drzwi do domu teścia były uchylone. Jan Kowalski stał przy kuchennym oknie, zgarbiony z bólu.
– Niezdrowo się skręciłem – mruknął przepraszająco, patrząc na syna i synową. – Gdyby żyła jeszcze Marysia, nie zawracałbym wam głowy.
Marysi, matki Tomka, nie było już od kilku lat. Od tamtej pory teść mieszkał sam. Syn z żoną rzadko go odwiedzali, a wnuk, póki mieszkał w mieście, często wpadał do dziadka po szkole.
– Tato, no dlaczego akurat teraz? – zirytował się Tomek. – Przecież mamy wyjazd!
Kinga pociągnęła męża za rękaw.
– Wybaczcie staremu – głos teścia zadrżał, a Kinga poczuła ukłucie w sercu. – Nie specjalnie.
– Nic się nie stało – łagodnie powiedziała. – Gdzie maść? Zaraz pomożemy.
Po pół godzinie Jan Kowalski mógł się wyprostować i, podpierając się na synowej, dotarł do kanapy. Kinga zajrzała do lodówki – jedzenia starczy na dzień.
– Jutro wpadniemy, posmaruję jeszcze i coś ugotuję – obiecała.
W domu między małżonkami wybuchła kłótnia.
– Co ty sobie wymyśliłaś? – wściekł się Tomek. – My jedziemy, a ty będziesz tacie gotować?
– To twój ojciec! – próbowała dotrzeć do męża Kinga. – Kto mu pomoże, jak nie my?
– Wzywaj karetkę, niech go zabiorą do szpitala! – nie ustępował Tomek. – Tam nakarmią i wyleczą.
– Wiesz, że on nie pojedzie. I nie ma pewności, czy z plecami go przyjmą. W domu szybciej dojdzie do siebie – upierała się Kinga, zszokowana jego brakiem wrażliwości. – Może jutro będzie lepiej.
Ale następnego dnia teściowi nie poprawiło sięKinga została w domu, pielęgnując teścia, podczas gdy Tomek wrócił po miesiącu z pustymi rękami i wypalonym spojrzeniem, uświadamiając sobie, że stracił wszystko przez własny egoizm.



