Rozbite marzenia i noworoczne cud
Kinga spotykała się z Arturem ponad rok. Ich randki były tak rzadkie, że można było zaznaczać je w kalendarzu czerwonym flamastrem jak święta. Mieszkał we Wrocławiu, a do małego miasteczka pod Krakowem przyjeżdżał tylko w sprawach firmy. Snuli wielkie plany na przyszłość i w ten Nowy Rok mieli zdecydować, kto do kogo się przeprowadzi. Nagle zadzwonił telefon. Kinga drgnęła zaskoczona — dzwonił Artur!
— Cześć, kochanie — powiedziała, starając się brzmieć czule pomimo nerwowego dnia.
Ale w słuchawce rozległ się ostry kobiecy głos:
— No witaj, podrywaczko!
Kinga zastygła, nie mogąc wydusić ani słowa.
Ten przednoworoczny dzień szedł opornie. Rano zadzwonili z biura, żądając natychmiastowego przyjazdu, by podpisać kontrakt z zagranicznymi partnerami. Nikogo nie obchodziły plany Kingi, która umówiła się na poranną wizytę u fryzjera. Prezes firmy wylegiwał się na plażach, a ona, marszcząc czoło, mruknęła pod nosem kilka soczystych słów, zamówiła taksówkę i pojechała do biura.
Wychodząc z biznesowego centrum, przypomniała sobie, że miała odebrać sukienkę od przyjaciółki Anety, która dorabiała jako krawcowa. Sukienka, kupiona na sylwestrową noc, nagle wisiała jak worek. Kinga wolała myśleć, że schudła, a nie że materiał był tandetny. Wybrała numer przyjaciółki:
— Aneta, przepraszam, zupełnie zapomniałam o sukience!
— Kinga, gdzie byłaś?! Godzinę próbowałam się do ciebie dodzwonić! — krzyczała Aneta przez hałas dworcowy.
— To wszystko przez naszego prezesa — westchnęła Kinga. — No i co z sukienką? Przyjadę?
— Kinga, wybacz — głos Anety zadrżał. — Jesteśmy już na dworcu, pociąg odjeżdża za pół godziny.
Kinga opuściła telefon, czując, jak nadzieje się rozpadają. „No dobrze”, pomyślała, „bez sukienki, bez fryzury, ale przecież sylwester nadchodzi. Wkrótce przyjedzie Artur, spędzimy tę noc razem. Nie jest tak źle”.
Kinga, mimo swoich dwudziestu sześciu lat, pozostała romantyczką wierzącą w cuda. Nawet po koszmarnym dniu wierzyła, że noworoczna noc przyniesie jej odrobinę magii.
Gdy telefon znów zadzwonił, drgnęła, pogrążona w marzeniach. Widząc nazwisko Artura, wzięła głęboki oddech, by mówić radośnie.
— Cześć, kochanie — zaczęła.
— No witaj, podrywaczko! — przerwał jej kobiecy głos. — Myślałaś, że zostawi rodzinę dla ciebie? Zapomnij jego numer, bo pożałujesz!
Słuchawka umilkła, a w głowie Kingi zawrócił wir. Rzadkie spotkania, milczenie w weekendy, dziwne przejęzyczenia Artura — wszystko układało się w ponurą całość. Powoli dotarła do przystanku, oparła się o latarnię i wpatrywała w pustkę. „Podrywaczka” — to słowo uderzyło ją jak młot. Jej świat rozpadł się w mgnieniu oka. Stary rok odchodził, zabierając ze sobą wszystko, w co wierzyła.
— Pani się dobrze czuje? — głośny głos wyrwał ją z odrętwienia. Przed nią stał mężczyzna z gęstą brodą, w czerwonym płaszczu z białym kołnierzem.
— Nie — szepnęła Kinga, ledwo powstrzymując łzy. — A pan to kto?
— Święty Mikołaj, ino kto inny! — uśmiechnął się. — Chodź do auta, bo zmarzniesz!
Podtrzymał ją pod ramię i zaprowadził do samochodu. Kinga, oszołomiona, nie zdążyła zaprotestować. Gauto ruszyło, a ona, ocknąwszy się, krzyknęła:
— Stój! Gdzie mnie pan wiezie? Puść mnie!
Kierowca posłusznie zjechał na pobocze i odwrócił się do niej:
— Chciałem pomóc. Jechałem do kawiarni, poczęstować cię gorącą herbatą. Stałaś na mrozie, jakbyś nie tu była. Sylwester za pasem, a ja, no wiesz, niby taki Święty Mikołaj.
Ostatnie zdanie zabrzmiało niezręcznie, ale niespodziewanie Kinga wybuchnęła śmiechem. Śmiech wyrwał się sam, zmywając ból tego dnia: zepsuta sukienka, zrujnowana fryzura, zdrada Artura i ten dziwny „Święty Mikołaj”.
— Przepraszam — wydukała przez łzy.
— Nic się nie stało — uśmiechnął się mężczyzna. — Stary rok odchodzi, zabierając ze sobą wszystko, co złe. Wszystko się ułoży. Na przykład mój najlepszy przyjaciel dziś odmówił wspólnego świętowania. Piętnaście lat tradycji — w piach! Wszystko przez jego nową żonę.
Kinga nagle poczuła ulgę. Może przez wyziębienie, a może przez to spotkanie, ale ciężar spadł jej z serca.
— Pewnie na panią ktoś czeka — powiedział mężczyzna, uruchamiając silnik. — Gdzie zawieźć?
— A ja nie mam dokąd — uśmiechnęła się smutno. — W domu nikogo, sukienki nie odebrałam, fryzury nie zrobiłam. Wolna jak ptak. Nawet nie wiem, co robić.
— To może razem spędzimy sylwestra? Znam jedno przytulne miejsce, obiecują magiczny wieczór.
— Nie mam nic przeciwko, tylko wpadnę się przebrać — odpowiedziała Kinga. Nie chciała zostać sama tej nocy.
W domu szybko zmieniła przemoknięte ubranie, wróciła do auta z uśmiechem i oczekiwaniem. W kawiarni, przystrojonej migoczącymi lampkami, w końcu przyjrzała się swojemu towarzyszowi.
— Dlaczego pan jest w przebraniu Świętego Mikołaja? — zapytała, uśmiechając się.
— O, to długa i śmieszna historia — roześmiał się, zdejmując płaszcz i brodę. — A tak w ogóle, to jestem Dominik.
— Kinga — podała mu rękę. — Opowiadaj, Dominik. Dziś miałam za mało śmiesznych historii.
Dominik zamówił herbatę i zaczął opowiadać. Rozmowa potoczyła się gładko, a smutki rozpuściły się jak śnieg w słońcu. Za oknem padały puszyste płatki, a Nowy Rok pukał do drzwi.
Tak kończył się stary rok, zabierając ból i rozczarowanie. A nowy podarował Kindze i Dominikowi początek czegoś jasnego i prawdziwego — historię miłości, która narodziła się w blasku noworocznych świateł. Kinga wiedziała: cud jednak się zdarzył.



