— Proszę pani, telefon pani upadł! Niech pani poczeka! — krzyknął nieznajomy, próbując przebić się przez szum ulewnego deszczu.
Aleksandra szła pustymi ulicami Wrocławia, nie zwracając uwagi na zimne strugi wody spływające po jej twarzy i mieszające się ze łzami. Obróciła się, spojrzała na mężczyznę z wyczerpaną obojętnością i zmarszczyła brwi.
— To pani? — zapytał, wyciągając mokry telefon z pękniętym ekranem.
— Mój… — cicho odpowiedziała Aleksandra, a jej głos drżał od zimna i bólu.
— Dlaczego pani sama w taką pogodę? Bez parasola, przemoczona do suchej nitki! Przeziębi się pani! — w jego głosie słychać było szczere zaniepokojenie.
Mężczyzna nie wydawał się natrętny, więc Aleksandra, kierowana jakimś wewnętrznym impulsem, poszła za nim pod daszek pobliskiego sklepu. Weszli do małej kawiarenki na rogu, by ogrzać się przy filiżance herbaty.
— Jestem Mateusz — przedstawił się z uśmiechem. — A pani?
— Aleksandra… — odpowiedziała cicho, patrząc w podłogę.
— Co panią zmusiło do samotnego spaceru w taką pogodę? Nawet psa w taki deszcz bierze się do domu.
— A mnie… mnie wyrzucili jak bezdomnego psa — wyrwało się Aleksandrze, a głos jej zadrżał od tłumionych łez.
Wspomnienia uderzyły jak burza. Serce ścisnęło się od bólu, który tak usilnie próbowała stłumić. Aleksandra nigdy nie sądziła, że jej życie, zbudowane z takim trudem, rozpadnie się w jednej chwili. Razem z Krzysztofem przeszli przez wszystko: kupili dom pod Wrocławiem, otworzyli małą kawiarnię, marzyli o dzieciach. Aleksandra zanurzyła się w pracy, wspinała po szczeblach kariery, zapominając o sobie. A dziś Krzysztof podniósł na nią rękę. Chwyciła płaszcz i wybiegła z domu w zimny deszcz.
Przy sobie miała tylko dowód osobisty, kartę bankową i telefon, który teraz ledwo działał.
— Pani telefon jest całkowicie mokry — zauważył Mateusz, próbując zmienić temat.
Aleksandra nagle uświadomiła sobie, że nie ma dokąd iść. Obce miasto, ani przyjaciół, ani rodziny. Pozostała sama, jakby w próżni. Łzy popłynęły z jej oczu i po raz pierwszy od lat pozwoliła sobie na płacz.
— Płacze pani przez telefon? Mogę go naprawić — powiedział łagodnie Mateusz, próbując ją pocieszyć.
— Co panu do mnie? Nawet się nie znamy! — wybuchnęła Aleksandra, ale w jej głosie było więcej rozpaczy niż złości.
— Nie złoścę się, po prostu… zobaczyłem panią i wiedziałem, że coś jest nie tak. Chciałem pomóc — spokojnie odpowiedział.
Aleksandra wzięła głęboki oddech, starając się uspokoić, i postanowiła opowiedzieć swoją historię temu przypadkowemu przechodniowi.
— Przyjechałam tu dwanaście lat temu z Poznania. Rodzice tam zostali, kontakt z nimi niemal się urwał. Te lata pochłonęła mi praca. Nie mam przyjaciół — nie było czasu, by ich mieć. Każda minuta szła na projekty, na kawiarnię, na marzenia o przyszłości. Myślałam, że to słuszne. A dziś… Krzysztof wrócił do domu wściekły. Zaprosiłam go na kolację, a on zaczął krzyczeć, że nie kupiłam jego ulubionego wina. Nie kupiłam — i tak już za dużo pije. Milczałam, żeby nie kłócić się, ale on… on mnie uderzył. Żebro boli, nawet oddychać trudno.
— Rozumiem to — cicho powiedział Mateusz. — Moja kuzynka była z podobnym człowiekiem. Wiem, jak pani ciężko. Pozwól, że pomogę.
— Po co panu moje problemy? — odpowiedziała zmęczona Aleksandra. — To nie pierwszy raz. Przenocuję kilka dni u znajomej, potem wrócę. On sam zadzwoni, przeprosi. Jak zawsze.
— Ale telefon pani nie działa — zauważył Mateusz.
— Więc sama pójdę przepraszać — gorzko się uśmiechnęła. — Bo co mam innego zrobić? Nie mam wyjścia.
— A może to znak? — nagle powiedział. — Znak, że czas coś zmienić. Zacząć nowe życie.
Aleksandra zamyśliła się. Myśl o nowym życiu przychodziła jej do głowy nie raz, ale strach zawsze ją powstrzymywał. Zbyt wiele włożyła w te lata, zbyt wiele straciła. Ale teraz, przy dźwięku deszczu, słowa Mateusza brzmiały jak ratunek.
— Zabiorę panią w jedno miejsce — zaproponował. — Jest tam bezpiecznie, może pani zostać, jak długo potrzeba. Telefon naprawię, przywiozę. A potem zdecyduje pani, co dalej. Zgoda?
— Dziękuję… — cicho odpowiedziała Aleksandra, po raz pierwszy tego wieczoru czując ulgę.
Wydychała powietrze, jakby zrzucała z pleców ciężar. Po raz pierwszy od lat ktoś wziął na siebie jej troski. Zasłużyła na chwilę wytchnienia, choćby na kilka dni, po tych latach niekończącego się wyścigu.



