Tomasz stał przy oknie swojego mieszkania w Katowicach i patrzył, jak po porannej ulicy śpieszą się uczniowie. Jedni w szarych kurtkach puchowych, drudzy w jeansach i z gołymi kostkami, mimo że za oknem było minus dwadzieścia. Wiatr wciskał zimno przez szyby, ale dzieci wydawały się nieczułe na mróz. Chichnął cicho – prawie z zazdrością. Pociągnął łyk kawy. Gorzka. Zauważył to za późno, ale nie miał już ochoty wracać do kuchni. Palce lekko mu drżały. Wiek. Ciśnienie. A może samotność.
Na ekranie telefonu migał nieodebrany – od syna. Tomasz wiedział, że powinien oddzwonić. Jeśli nie teraz, to wieczorem usłyszy w słuchawce: „Znowu jesteś zajęty, jak zawsze”. A on nie był zajęty. Po prostu nie wiedział, o czym mówić. Synowi było trzydzieści jeden lat, dorosły facet. A ich rozmowy brzmiały jak negocjacje na granicy dyplomatycznego konfliktu. Sucho. Ostrożnie. Z dystansem. Wszystko, co ważne, dawno przykryły niewypowiedziane żale i niedostrzeżone słowa. Nawet próbował wcześniej ćwiczyć, co powie. Ale zawsze kończyło się na nudnym: „Jak w pracy?”.
Włożył stary płaszcz, wziął wełniane rękawiczki – ciepłe, choć trochę śmieszne – i wyszedł. Mroźne powietrze uderzyło go w twarz jak bat. Pachniało spalanym węglem i chlebem – z budki, którą codziennie rano rozstawiali przy sklepie. Ślisko. Jakby całe miasto pokryte było niewidzialnym szkłem. Na rogu kobieta sprzedawała pączki – furgonetka, uchylona klapa, z wnętrza buchała para i zapach smażonego ciasta. Przypomniał sobie, że kiedyś kupował takie dla Ewy. Gorące, z różą. Uwielbiała różę, marszczyła nos, gdy zaczynały kapać. Śmiała się wtedy – szczerze. A potem przestała. Śmiać się, czekać i, chyba, być z nim.
Teraz mieszkała w Krakowie. Nowy mąż, nowa praca, nowe życie. Dzwoniła tylko od święta. Jej głos brzmiął jak suche liście. Bez intonacji, bez ciepła. Zawsze słyszał w nim coś… czułego. Jakby chciała się upewnićć, że on nadal tam jest, gdzie go zostawiła. Albo wręcz przeciwnie – że już go tam nie ma.
Skręcił w stronę parku. Mieszkał tu ponad dwadzieścia lat. Dziś osiedle wyglądało inaczej – bloki wyższe, klatki obce. Sąsiedzi – nowi. Tylko wspomnienia zostały na swoich miejscach. Tu ławka, na której trzymał Ewę za rękę w dziewięćdziesiątym ósmym. Tu krawężnik, na którym usiadł, gdy dowiedział się o śmierci ojca. Wszystko tu było. Tylko ludzi już nie.
Na ławce przy fontannie siedziała dziewczyna. Młoda. Paliła. Włosy rozczochrane, oczy niespokojne. Jakby na kogoś czekała, ale nie była pewna, czy przyjdzie. Obok niej – torba i kocyk. Tomasz już miał przejść, gdy nagle spotkał jej wzrok. Widział w nim tyle… samotności, że mimowolnie się zatrzymał.
— Przykro mi — szepnęła. — Mieszka pan tu?
— Można tak powiedzieć. A pani?
— Czekam tu na kogoś. Miał przyjść. Ale chyba nie przyjdzie.
Mówiła spokojnie. Prawie bez emocji. Ale głos jej drżał.
— Mogę posiedzieć z panem pięć minut? Jakoś… Niedobrze mi. Wiem, to dziwne.
— Nic dziwnego — odparł Tomasz i usiadł obok. — Czasem wystarczy, że ktoś jest. Nieważne kto.
Milczeli.
Zgasiła papierżka o brzeg kosza i zacisnęła dłonie między kolanami.
— Rozstaliśmy się rok temu. Wtedy powiedział, że może jeszcze pogadamy. Wczoraj napisał, że się spotkamy. Tutaj. Na dziesiątą. A teraz już jedenasta.
— Ludzie rzadko przychodzą, gdy obiecują. Zwłaszcza jeśli myślą, że wszystko już powiedzieli. Czasem spotkanie to tylko forma pożegnania. Cicha, bez słów.
— A pan… czekał kiedyś na kogoś? — spytała.
Tomasz nie odpowiedział od razu. Patrzył na oszronione drzewa, na cichy park.
— Całe życie — powiedział w końcu. — Najpierw na ojca. Potem na kobietę. Potem na siebie. Czasem czekasz, nie wiedząc na kogo. Masz nadzieję, że przyjdzie ktoś, kto powie: „Wiem, jak ci ciężko”. A przychodzi cisza. Albo – zupełnie ktoś inny.
Nie spytała, kogo dokładnie miał na myśli. On nie tłumaczył.
Po prostu siedzieli. Pięć minut. Dziesięć.
W końcu wstała:
— Dziękuję.
— Za co?
— Że pan był. Po prostu… był.
Odeszła. On został. Spojrzał na pustą ławkę. Potem sięgnął po telefon.
„Syn”
Nacisnął.
Synek odebrał od razu:
— Tato, dzwoniłeś?
— Tak. Chciałem zapytać… Może w sobotę do parku? Tak po prostu. Posiedzimy. Pogadamy.
Chwila ciszy.
— Jasne — odpowiedział syn. — Od dawna chciałem…
Tomasz rozłączył się. Powoli wstał. Patrzył, jak w śnieg wsiąkają ślady kroków. Wziął głęboki oddech.
I ruszył przed siebie.
Ostrożnie.
By nie przejść obok tego, co najważniejsze.



