Prawie dobrze, ale tylko prawie

**Prawie dobre — ale tylko prawie**

— Znowu się spóźnisz? — Głos Mateusza przez telefon brzmiał tak, jakby nie dobiegał z sąsiedniego mieszkania w warszawskim bloku, lecz z drugiego brzegu jesiennej rzeki, gdzie już gęstniał mrok, a mgła kładła się na wodzie.

— Tak, pewnie do dziesiątej, może później. Kontrola dokumentów, logistyka znowu się rozpadła — odpowiedziała Kinga, włączając głośnomówiący, jednocześnie mieszając kawę w kubku i kończąc maila do dostawców. Obok — stos nieotwartych wydruków.

— W domu prawie cię nie ma — powiedział po długiej ciszy. Spokojnie, bez urazy, po prostu stwierdził fakt. Ale w tym spokoju czuło się zmęczenie. Nie przez nią, nie przez ich relację, ale przez jej wieczny brak. Przez wieczory w ciszy, poranne pustki.

— Przecież rozumiesz.

— Rozumiem — znów ta cisza. Ale nie była głucha. Była napięta, gęsta, jak przed burzą. W tej ciszy słychać było zbyt wiele: powściągane uczucia, pytania bez słów, niepokojące oczekiwanie.

Kinga nie znosiła takich pauz. Wpychały się w nią, jakby ktoś powoli i celowo ściskał jej klatkę piersiową. Milczenie między nimi nigdy nie było brakiem dźwięków — tylko bólu.

Wróciła do domu koło północy. Światła nie było, jedynie wąska smuga od nocnej lampki w korytarzu — Mateusz zawsze ją włączał, „żeby się nie potknęła”. W tym przyćmionym świetle na podłodze leżał jeden skarpet — na pewno nie jej. W kuchni — kartka: *„Obiad w piekarniku. Poszedłem spać.”* Pismo lekko nerwowe, jakby pisał w pośpiechu lub ze wzruszeniem.

Cicho zjadła. Jedzenie było ciepłe, troskliwie przykryte folią. Ale smaku nie czuła — jakby całe ciało było zbyt zmęczone, by odbierać wrażenia. Potem otworzyła laptopa, zajrzała do raportu, przejrzała — i natychmiast zamknęła. Łazienka, mycie twarzy, unikanie lustra — bo w odbiciu patrzyła na siebie zmęczona. Położyła się obok. Spał. Plecami do niej. Między nimi — przestrzeń. Odrobinę większa niż kiedyś. A może tylko jej się wydawało?

Poranek zaczęła się od korków, złamanego obcasa i zapomnianych dokumentów. W autobusie usiadła obok kobiety koło czterdziestki, która przez telefon narzekała przyjaciółce:

— Przyszedł nad ranem, śmierdzi papierosami, milczy jak grób. A ja, głupia, czekam…

Kinga drgnęła. Jakby usłyszała własną myśl — tylko odwróconą. Tamta — czekała mimo wszystko. A ona — żyła z Mateuszem ramię w ramię, ale jakby w innych rzeczywistościach.

W biurze nikt nie zauważył, że przyszła wcześniej. Nikt by nie zauważył, gdyby nie oddany raport. Szef skinął głową, mruknął „Dobrze” i zanurzył się z powrotem w monitor. Wszystko — jak w wyćwiczonym schemacie: raport, skinienie, cisza. Nawet podziękowanie brzmiało jak rozkaz.

Kinga poszła do kuchni, zaparzyła herbatę. Patrzyła, jak torebka tonie w gorącej wodzie, zostawiając blade ślady. I powiedziała sobie — to jedyny prawdziwy ruch tego dnia. Reszta to mechanika. Raporty, raporty, raporty. Wszystko dokładne, na czas, poprawne. Ale jakby nie w tę stronę. Ruch dla odhaczenia. Żeby „funkcjonować”, a nie „żyć”.

Wieczorem jedli razem. W milczeniu. Widelce dzwoniły o talerze, lodówka warczała jednostajnie jak tło. Mateusz patrzył nie na nią, lecz na stół. Nagle zapytał:

— Masz dziś wieczorem wolne?

— Chyba tak.

— Może do kina?

Skinęła głową. Nie od razu. Wewnątrz walczyła chęć zostania w domu i dziwna tęsknota, która popychała — wyjdź, oddychaj, poczuj cokolwiek. Potem podeszła do niego, objęła od tyłu. Był cBył ciepły, prawdziwy, jak kotwica w jej burzy — i w tej prostej bliskości nagle zrozumiała, że czasem wystarczy jeden wieczór, by wszystko znów nabrało kolorów.

Rate article
Fajna Tajna
Prawie dobrze, ale tylko prawie