**Złamane marzenia i noworoczne cudo**
Kasia spotykała się z Dominikiem ponad rok. Ich randki były tak rzadkie, że można je było zaznaczać w kalendarzu czerwonym flamastrem, jak święta. Mieszkał w Warszawie, a do małego miasteczka pod Krakowem przyjeżdżał tylko w sprawach firmy. Snuli wielkie plany na przyszłość, i właśnie tego Nowego Roku mieli zdecydować, kto do kogo się przeprowadzi. Nagle zadzwonił telefon. Kasia drgnęła ze zdziwienia — to był Dominik!
— Cześć, kochanie — powiedziała, starając się brzmieć czule, mimo chaosu tego dnia.
Lecz w słuchawce rozległ się ostry kobiecy głos:
— No, witaj, rozwodnico!
Kasia zastygła, niezdolna wykrztusić słowa.
Tego przednoworocznego dnia wszystko szło nie tak. Rano zadzwonili z biura, żądając natychmiastowego przyjazdu, by podpisać kontrakt z zagranicznymi partnerami. Nikogo nie obchodziły plany Kasi, która umówiła się do fryzjera. Prezes firmy wylegiwał się gdzieś na plaży, a ona, marszcząc czoło, mruknęła pod nosem parę soczystych słów, zamówiła taksówkę i pojechała do biura.
Wychodząc z centrum biznesowego, przypomniała sobie, że miała odebrać sukienkę od przyjaciółki Ani, która dorabiała jako krawcowa. Sukienka, kupiona na sylwestrową noc, nagle wisiała jak worek. Kasia wolała myśleć, że schudła, a nie że tkanina była tandetna. Zadzwoniła do Ani:
— Aniu, przepraszam, zupełnie zapomniałam o sukience!
— Kasieńka, gdzie ty byłaś? Próbowałam się do ciebie dodzwonić przez godzinę! — krzyczała Ania przez gwar dworcowy.
— To przez naszego prezesa — westchnęła Kasia. — No i jak sukienka? Wpadnę po nią?
— Kasieńko, wybacz — głos Ani zadrżał. — Jesteśmy już na dworcu, pociąg za pół godziny.
Kasia opuściła telefon, czując, jak nadzieja się rozwiewa. *Nic nie szkodzi* — pomyślała. *Bez sukienki, bez fryzury, ale przecież sylwester jeszcze będzie. Dominik wkrótce przyjedzie, spędzimy tę noc razem. Nie jest aż tak źle.*
Mimo swoich dwudziestu sześciu lat Kasia wciąż była romantyczką, wierzącą w cuda. Nawet po koszmarnym dniu liczyła, że sylwestrowa noc przyniesie jej magię.
Gdy telefon znów zadzwonił, drgnęła, pogrążona w marzeniach. Widząc nazwisko Dominika, wzięła głęboki oddech, by zabrzmieć pogodnie.
— Cześć, kochanie — zaczęła.
— No, witaj, rozwodnico! — przerwał jej kobiecy głos. — Myślałaś, że zostawi rodzinę dla ciebie? Zapomnij o nim, bo pożałujesz!
Słuchawka umilkła, a w głowie Kasi zawróciło. Rzadkie spotkania, milczenie w weekendy, dziwne przejęzyczenia Dominika — wszystko układało się w ponurą całość. Powlókła się ku przystankowi, oparła o latarnię i wpatrywała się w pustkę. *Rozwodnica* — to słowo uderzało jak młot. Jej świat rozpadł się w jednej chwili. Stary rok odchodził, zabierając wszystko, w co wierzyła.
— Dziewczyno, wszystko w porządku? — głośny głos wyrwał ją z odrętwienia. Przed nią stał mężczyzna z gęstą brodą, w czerwonym płaszczu z białym kołnierzem.
— Nie — szepnęła Kasia, ledwo powstrzymując łzy. — A pan kim jest?
— Święty Mikołaj, a kto by inny! — zaśmiał się. — Chodź do auta, zmarzniesz!
Wziął ją pod rękę i zaprowadził do samochodu. Kasia, oszołomiona, nie zdążyła zaprotestować. Gauto ruszyło, a gdy otrząsnęła się, krzyknęła:
— Stójcie! Gdzie mnie wieziecie? Puśćcie mnie!
Kierowca zjechał na pobocze i odwrócił się do niej:
— Chciałem pomóc. Jechałem do kawiarni, żeby poczęstować cię gorącą herbatą. Stałaś na mrozie, zupełnie nieprzytomna. Za chwilę Nowy Rok, a ja, no wiesz… trochę jak Święty Mikołaj.
Ostatnie zdanie zabrzmiało niezgrabnie, lecz ku własnemu zdziwieniu Kasia wybuchnęła śmiechem. Śmiech wyrwał się sam, zmywając ból tego dnia: zniszczoną sukienkę, zrujnowaną fryzurę, zdradę Dominika i tego dziwnego „Mikołaja”.
— Przepraszam — wykrztusiła przez łzy.
— Nic się nie stało — uśmiechnął się mężczyzna. — Stary rok odchodzi, zabierając ze sobą wszystko, co złe. Wszystko się ułoży. Na przykład mój najlepszy przyjaciel dziś odmówił wspólnego świętowania. Piętnaście lat tradycji — poszło w diabły! Wszystko przez jego nową żonę.
Nagle Kasia poczuła ulgę. Może to przez wyziębienie, a może przez to spotkanie, ale ciężar z serca opadł.
— Pewnie na pana ktoś czeka — powiedziała, gdy ruszał silnik. — Gdzie mam pana podwieźć?
— A ja nie mam dokąd — uśmiechnęła się smutno. — W domu nikogo, sukienki nie odebrałam, fryzury nie zrobiłam. Wolna jak ptak. Nawet nie wiem, co robić.
— To może spędzimy sylwestra razem? Znam jedną przytulną kawiarnię, obiecują magiczny wieczór.
— Nie mam nic przeciwko, tylko wpadnę przebrać się — odparła Kasia. Nie chciała zostawać sama tej nocy.
W domu szybko zmieniła przemoknięte ubranie, wróciła do samochodu z uśmiechem i lekkim podekscytowaniem. W kawiarni, ozdobionej migoczącymi lampkami, wreszcie przyjrzała się towarzyszowi.
— Dlaczego pan jest w k— Dlaczego pan jest w kostiumie Mikołaja? — zapytała, patrząc na jego roześmiane oczy, w których odbijały się światełka choinki.



