— Wiesiek, wstawaj, już dawno ranek, czas do pracy! — szarpnęła męża Bogusia, trzymając w jednej ręce przypaloną patelnię, a w drugiej nadzieję, że to tylko jego kolejny żart.
— Nie wstanę. Zostaw mnie, Boguś. Koniec z tym. Już nigdy więcej nie pójdę do tej fabryki — burknął Wiesław, nie otwierając oczu, i odwrócił się do ściany.
Żona najpierw się zaśmiała — myślała, że to przez zeszłotygodniowe wesele Ani, jeszcze nie ochłonął.
— No daj spokój, głupoty pleciesz! Ślub za nami, trzeba wracać do roboty. Masz pełno zaległości!
— Mówię poważnie. Koniec. Zwolniłem się. Złożyłem papiery jeszcze przed urlopem. Wczoraj był mój ostatni dzień.
— Co ty, Wiesiek?! Oszalałeś?! Gdzie ty teraz znajdziesz taką pracę? Do emerytury dwa lata! Wytrzymaj! — Bogusia zbladła i o mało nie upuściła patelni.
— Nie dam rady. Siły się skończyły. Wychowaliśmy pięcioro dzieci. Trzech synów, dwie córki. Wszystkich wykształciliśmy, wszystkim pomogliśmy. A ja? Teraz chcę odpocząć. Wykonałem swoje.
— Toć chyba rozum postradałeś, jeśli myślisz, że dzieci cię utrzymają — wycedziła przez łzy żona. — Kto cię wyżywi? Moja emerytura to grosze. A ty chcesz, żeby oni ci płacili?
— No jasne. To moje dzieci. Pięcioro! Czyżby jeden ojciec miał teraz głodować?
— Stary dziadu, chyba cię pomieszało! — wrzasnęła Bogusia. — Oni sami mają pod górkę. Kredyty na mieszkania, wnuki w szkole. A ty… nierób! — złapała go za rękaw i szarpnęła.
On odepchnął ją gwałtownie — aż uderzyła się o szafę.
— Zostaw mnie. Postanowiłem. Koniec.
Łzy napłynęły Bogusi do oczu. Wiedziała: jak mąż coś postanowił, nie ma odwrotu. Wyskoczyła z domu, narzuciła chustkę i pobiegła do sąsiadki — babci Marysi, mądrej staruszki, u której nawet policja rady pytała.
— Ojej, babciu, tragedia! Wiesiek oszalał! Rzucił robotę, mówi, że już nie może. Co mam robić? Jak go przekonać?
— A czego ty tak hałasujesz. Człowiek się zmęczył. Pięcioro dzieci wychować — to nie orzeski gryźć. Pewnie siły stracił. Daj mu odsapnąć. Potraktuj go z życzliwością.
— Akurat! Ja mu teraz pokażę życzliwość! Niech tylko dzieci przyjadą, to mu zafundujemy „wakacje”! — warknęła Bogusia, ze złością w oczach.
W tydzień później cała rodzina zebrała się w domu. Bogusia nakryła stoły, by nikt nie odszedł głodny. Śmiali się, przytulali, wnuki biegały po podwórku. Ale gdy sprzątnięto talerze, zapadła cisza.
— Tato — odezwał się najstarszy, Marek — to prawda, że rzuciłeś pracę?
— Prawda, synu. Już nie mogłem.
— No jak to, tato? — wtrącił się średni, Jarek. — Dwa lata zostało. Wytrzyj. To… no bez sensu!
— Moja decyzja. Staż ponad czterdzieści lat. Emerytura się należy. A was jest pięcioro. Utrzymacie jednego ojca, co?
Żona za jego plecami tryumfowała, a dzieci się wierciły. Marek odkaszlnął:
— No… my teraz kredyt bierzemy na auto. Ciężko będzie.
— A u nas Ania w szkole muzycznej, korepetycje. Pieniądze lecą, sam wiesz — dodała żona Jarka. On sam milczał.
— A ja… remont zacząłem. Przed zimą muszę skończyć, potem mieszkanie sprzedamy. Więcej nie udźwignę — westchnął najmłodszy, Tomek.
Córki zaczęły mówić razem. Jedna meble na raty kupiła, druga mąż na delegacji, grosza nie widzą. Bogusia wstała jak generał przed bitwą:
— No widzisz, Wiesiek? Wszyscy mają swoje sprawy. A ty chcesz być ciężarem. Wstyd! Dzieciom chcesz dokładać, a nie pomagać. Jutro rano — idziesz szukać roboty. Bez potwierdzenia nie wracaj. Jasne?
Wiesław wstał. W milczeniu. Spojrzał na dzieci. Na żonę.
— Ja was pięcioro wychowałem… a wy jednego ojca wyżywić nie chcecie… — powiedział cicho i wyszedł.
Nazajutrz poszedł do pracy. Przyjęli go. Pensja o połowę mniejsza, ale zawsze. Bogusia była zadowolona — „wyleczyła” go. A dwa dni później nie wrócił do domu.
Wieczorem zapukano do drzwi. Ze szpitala donieśli: Wiesław nie żyje. Rozległy zawał. Zasłabł w pracy, nie zdążyli go uratować. Zmarł w karetce.
Teraz Bogusia żyje sama. Emerytura — grosze. Dzieci odwiedzają rzadko. Głównie córki. Synowie dzwonią od święta.
A w jej głwie wciąż powtarzają się ostatnie słowa męża:
„Ja was pięcioro wychowałem… a wy jednego ojca wyżywić nie chcecie…”.
I teraz już wie — duma to czasem najdroższa rzecz, jaką płacisz za spokój.



