Dziś muszę opisać coś niezwykłego, co odmieniło nasze życie. Wyszłam za mąż za Jakuba zaraz po studiach. Nasza miłość była tak silna, że cały świat zdawał się istnieć tylko dla nas. Rodzice, widząc nasze szczęście, pomogli nam kupić przestronne mieszkanie we Wrocławiu.
Jeden pokój urządziliśmy z drżeniem serca na dziecięcy. Kupiliśmy dwie małe łóżeczka, wyobrażając sobie, jak nasz przyszły synek będzie w jednym z nich słodko spał. Wybraliśmy nawet imię – Mikołaj. Dlaczegoś byliśmy pewni, że pierwsze będzie chłopcem. Na dziewczynkę mieliśmy w zanadrzu imię Zuzanna. Ale wszystkim znajomym z zachwytem opowiadaliśmy tylko o Mikołaju, jakby dziewczynka była odległą możliwością.
Gdy babcia Halina usłyszała o tym, surowo mnie zbeształa:
– Aniu, nie wolno tak! To zła wróżba, dawać imię przed narodzinami! Imię wybiera się dopiero dziecku, które już przyszło na świat!
– Babciu, daj spokój, to tylko przesądy! – machnęłam ręką, śmiejąc się.
Minęły trzy lata, a pokój dziecięcy wciąż stał pusty, jakby został przeklęty. Nie mogłam zajść w ciążę. Leki, lekarze, niekończące się badania – nic nie pomagało. Nadzieja topniała jak wiosenny śnieg, zostawiając po sobie tylko chłód i pustkę.
Babcia, widząc moje cierpienie, namówiła mnie na wizytę u znachorki, cioci Wiesi. Nie wierzyłam w takie rzeczy, ale rozpacz sprawiła, że się zgodziłam. „A nuż?” – błysnęła myśl.
Ciocia Wiesia, wysłuchawszy mnie, spojrzała na mnie głębokimi, niemal przerażającymi oczami i powiedziała:
– Marzyliście o synu, daliście mu imię – Mikołaj. Ale imię narodziło się przed dzieckiem. Ktoś je zabrał. Teraz i wy, i ten, kto nosi to imię, jesteście nieszczęśliwi. Uczyńcie to dziecko szczęśliwym – a szczęście wróci do was.
Słuchałam, a serce ściskało mi się z bólu. Dlaczegoś słowa staruszki brzmiały jak prawda.
– Ciociu Wiesiu, co mam zrobić? – mój głos drżał.
– Sama zrozumiesz – odpowiedziała zagadkowo. – Zrozumiesz, a szczęście zagości w waszym domu.
Minął kolejny rok. Dziecka nadal nie było. Prawie zapomniałam o słowach znachorki, ale w sercu tliła się nadzieja na cud. Jakub też nie tracił wiary, choć w jego oczach coraz częściej gościł cień smutku.
Pewnego dnia załatwiałam sprawy w przeciwnym końcu miasta. Szłam obok starego teatru lalek, gdy podjechał autobus z napisem „Dom dziecka”. Wysiadały z niego dzieci, w wieku trzech, czterech lat, radośnie szczebioczące jak stado wróbli. Zatrzymałam się, zauroczona ich beztroskim śmiechem. Nagle rozległ się krzyk wychowawczyni:
– Mikoła-aj!
Chłopczyk pogonił za uciekającą czapką i wybiegł na jezdnię. Byłam najbliżej, rzuciłam się do niego, złapałam za rączkę i przycisnęłam do siebie, czując, jak serce wali mi jak oszalałe.
– Mikołaj! – wyszeptałam, sama nie rozumiejąc, dlaczego nazwałam go po imieniu.
– Mamo – szepnął malec, obejmując mnie wiotkimi rączkami za szyję.
Podbiegła wychowawczyni:
– Dziękuję pani!
Spróbowała zabrać chłopca, ale ten wpił się we mnie, nie chcąc puścić.
– Mikołaj, chodźmy na przedstawienie! – powiedziałam łagodnie, wciąż drżąc po tym zdarzeniu.
– Dlaczego nazwał mnie mamą? – zapytałam wychowawczyni, nie mogąc oderwać wzroku od wielkich oczu dziecka.
– Tak nazywają każdego, kto im się podoba – odparła kobieta i nagle dodała: – Nie macie swoich dzieci?
– Nie – mój głos zadrżał, łzy napłynęły do oczu. – Tak bardzo chcemy z mężem…
Wychowawczyni spojrzała na mnie ciepło.
– Mikołaj to wspaniały chłopiec. Odwiedźcie nas.
Wieczorem spotkałam Jakuba z zapłakanymi oczami.
– Co się stało, Aniu? – rzucił się do mnie, obejmując.
– Dzisiaj pod teatrem lalek stał autobus z domu dziecka – zaczęłam, powstrzymując łzy. – Jeden chłopiec wybiegł na jezdnię za czapką. Zdążyłam go złapać. Przytulił mnie i nazwał mamą. A na imię ma… Mikołaj.
Wybuchnęłam płaczem, wtulając się w ramię męża.
– Kubo, zabierzmy go do nas. Będzie naszym synem.
Jakub zamyślił się, ale po chwili twarz rozjaśnił uśmiech.
– Ile ma lat? – zapytał.
– Trzy lub cztery. Jest taki jasny, taki dobry. Wszystko we mnie się przewróciło, gdy go przytuliłam.
– Dobrze, uspokój się – Jakub pogłaskał mnie po głowie. – Jutro jedziemy do domu dziecka, wszystko sprawdzimy.
Następnego dnia, uzbrojeni w zabawki i słodycze, pojechaliśmy do domu dziecka. Dyrektor, pani Bożena, przywitała nas serdecznie. Wiedziała już o wczorajszym zdarzeniu.
– Witajcie! Proszę wejść – powiedziała. – Dziękuję pani za wczoraj, Aniu.
– Dzień dobry – mówiłam, walcząc z drżeniem głosu. – Jestem Anna, to mój mąż Jakub. Chcielibyśmy poznać Mikołaja.
– Dobrze, zaraz go przyprowadzę – skinęła pani Bożena.
Czekaliśmy w pokoju, a każda sekunda zdawała się wiecznością. Drzwi się otworzyły, i mały Mikołaj, zobaczywszy mnie, podbiegł z okrzykiem:
– Mamo!
Przytuliłam go, łzy polały się same.
– Mikołaj, mój drogi…
Jakub wyjął z torby zabawki. Chłopiec podszedł do niego ciekawie.
– Otwórzmy! – zaproponował Jakub.
W pudełkach były samochodzik, robot i pluszowy miś. Mikołaj promieniał ze szczęścia. Pani Bożena szepnęła do mnie:
– Chodźmy do mojego gabinetu, porozmawiamy. Niech oni się pobawią.
Pół godziny później wróciłam z teczką dokumentów. Jakub i Mikołaj wciąż bawili się z zapałem.
– Już się zaprzyjaźniliśmy – uśmiechnął się Jakub.
– Mikołaj, czas na drzemkę – powiedziała dyrektor, ale chłopiec spojrzał na mnie przestraszony.
– Przyjdziemy jutro – pochyliłam się nad nim. – Będziesz czekał?
– Będę –Przyszła wiosna, gdy w naszym domu rozległ się po raz pierwszy śmiech Zuzanny, a Mikołaj z dumą patrzył na swoją siostrzyczkę.



