Święto z iskrą

W domu unosił się niepokojący duch nadchodzącego chaosu. Maja wyczuła to, zanim jeszcze przekroczyła próg mieszkania. Po klatce schodowej roznosił się gryzący zapach spalenizny, a schody były zalane wodą z mydlinami, jak po potopie. Otworzywszy drzwi, Maja rzuciła na półkę naręcze kwiatów przyniesionych z pracy, zrzuciła męczące ją cały dzień buty i włożyła stare kapcie. Choć gumowe kalosze byłyby bardziej na miejscu – wody w przedpokoju było jeszcze więcej niż na schodach. Z głębi mieszkania dobiegał stłumiony wrzask kota, a gdzieś w czeluściach domu coś syczało, huczało i podejrzanie trzeszczało.

— Wojtek, co się tu dzieje?! — krzyknęła Maja, czując, jak w środku narasta niepokój.

Po chwili w drzwiach stanął mąż. W samych kalesonach, bosy, z twarzą pokrytą sadzą, głębokimi zadrapaniami i imponującym siniakiem pod okiem. Na głowie dumnie prezentował się ręcznik zawiązany na wzór turbanu, jakby właśnie uciekł z targowiska.

— Majuś, już w domu? — wyszeptał Wojtek, nerwowo szarpiąc brzeg ręcznika. — Myślałem, że impreza firmowa, przecież jesteś szefową, będziesz do nocy wznosić toasty…

Maja ciężko westchnęła, opadła na stary puf przy wejściu i, powstrzymując irytację, zażądała:

— Mów, Wojtek. Co tym razem narobiłeś?

— No, Majuś, moja radości — zaczął jąkać się — tylko się nie denerwuj, proszę!

— Denerwowałam się, gdy w latach 90. bandyci nachodzili naszą firmę — odcięła Maja. — Przeżywałam, gdy pieniądze na kontach spłonęły w kryzysie. Wariowałam, gdy recesja prawie nas zmiotła. Po tym wszystkim wszystko mi jedno, nawet jeśli potop. Gadaj, co za cyrk tu urządziłeś?

— W skrócie… — Wojtek zawahał się, pocierając siniak. — Chciałem zrobić ci święto. Niespodziankę, rozumiesz? Postanowiłem posprzątać, wyprać, ugotować kolację. Wziąłem wolne, wrzuciłem rzeczy do pralki, poszedłem na targ… No, najpierw na targ, kupiłem mięso, a ono zaczęło ciec.

— Mięso? — doprecyzowała Maja, mrużąc oczy.

— Nie, pralka! — wyrzucił z siebie Wojtek. — Ale nie od razu. Włożyłem mięso do piekarnika, zacząłem sprzątać, a tu kot…

— Żyje? — Maja uniosła brew.

— Żyje, oczywiście! — obruszył się Wojtek. — Tylko trochę mokry. Rozumiesz, gdy włączałem pralkę, nie było go w środku, przysięgam! A potem jakoś… się tam znalazł.

— Jak?! — Maja pochyliła się do przodu. — Jak kot miałby wleźć do zamkniętej pralki?!

— Nie wiem — Wojtek rozłożył ręce. — Chyba się teleportował. Te koty są przebiegłe.

Maja zamknęła oczy, wzięła głęboki oddech i zimno powiedziała:

— Kontynuuj, Wojtek. To staje się coraz ciekawsze. Ale najpierw pokaż mi kota. Chcę się upewnić, że nic mu nie jest.

— Eee, słoneczko — zająknął się Wojtek — do niego trzeba iść. On jest… tam…

— Mam nadzieję, że ma wszystkie łapy? — Maja spojrzała na podrapaną twarz męża.

— Oj, ma! — ponuro potwierdził Wojtek, pocierając policzek. — Tylko tymczasowo… unieruchomiony. Dla jego bezpieczeństwa.

— Dobra, potem się tym zajmiemy — machnęła ręką Maja. — Co dalej?

— No więc, gdy kot… hmm, się prał, poczułem swąd. Pobiegłem do kuchni, otworzyłem piekarnik – a tam mięso się pali! Sparzyłem palce, chlusnąłem olejem, a ten strzelił płomieniem! Włosy mi się tliły, dym się sypał, gaszę, a tu kot wrzeszczy. Pędzę do pralki, patrzę – jego oczy w wizjerze, patrzy jak więzień. Wyłączyłem maszynę, chciałem otworzyć, a ona się zablokowała. Kot drze się, kuchenka płonie, twarz boli, włosy dymią… Chwyciłem łom, no i pralka od razu zaczęła ciec. Kot wyskoczył, gnał po mieszkaniu, darł się jak opętany, stłukł trzy wazony, zdarł tapetę, zerwał zasłony, rozlał szampana, który przygotowałem dla ciebie. Sąsiedzi z dołu walili w kaloryfer, wrzeszczeli, że kastrują. Nie wiem, kota czy mnie. Ale ogólnie wszystko pod kontrolą, Maja, nie martw się!

Maja otarła łzy – nie wiadomo, czy ze śmiechu, czy z przerażenia – i, odepchnąwszy męża, weszła do mieszkania. Pogrom był epicki. Podłoga zalana wodą, w kuchni dymiła się spalona patelnia, tapeta zwisała strzępami, a w powietrzu unosił się zapach spalonego mięsa i kociej zemsty. Kot, rozpostarty na kaloryferze, był przywiązany za wszystkie cztery łapy, a pysk owinięty starym szalikiem. Ale żywy, co już było cudem.

— Majuś, on nie chciał siedzieć na grzejniku — pośpieszył z tłumaczeniem Wojtek. — Bałem się, że nie wyschnie przed twoim przyjściem. Wyżymać go się nie dało, wyrywał się. Musiałem przywiązać, a mordę zawinąć, żeby nie wrzeszczał. Sąsiedzi już grozili policją, strażą pożarną i jakąś babą-jędzą, żeby nas przeklęła.

Maja, nie mówiąc słowa, odwiązała kota, otarła go ręcznikiem zerwanym z głowy Wojtka i uwolniła biedakowi pysk. Kot, uwolniony, warknął złowrogo i schował się pod kanapę.

— Ty, Wojtek, jesteś jednak jeszcze większym herosem — zmęczonym głosem powiedziała Maja. — Kot się prawie udusił. Chociaż po pralce chyba już nic mu nie straszne. Tak jak i mnie.

Runęła na kanapę, przyciskając do siebie kota, i spojrzała na męża.

— No i?

— Co „no i”? — Wojtek zdezorientowany zamrugał. — Mam od razu wskakiwać na szubienicę, czy dasz mi się jeszcze pomęczyć?

— Gratuluj, gapo — westchnęła Maja. — Dziś przecież Dzień Kobiet.

Wojtek rozpromienił się, rzucił do sąsiedniego pokoju i wrócił, chowając coś za plecami. Uklęknął przed Mają, świecąc oczami mimo siniaka i sadzy na twarzy.

— Majuś, moje słoneczko — zaczął uroczyście. — Jesteśmy ze— A ten pierścionek i tak był za mały, więc kot zrobił nam przysługę, rozwalając wszystko — dodał Wojtek, wyciągając zza pleców nadgryzioną pudełko i uśmiechając się niepewnie.

Rate article
Fajna Tajna
Święto z iskrą