Ciepło obcej duszy: opowieść z wiejskiej chaty
Stanisław postawił ciężkie wiadra z wodą na ławce w sieni u babci Marcjanny i już miał odejść, gdy staruszka chwyciła go mocno za rękaw, milcząco wskazując na izbę. Posłusznie wszedł za nią i przysiadł na szerokiej ławie przy drzwiach, czekając, co powie.
Marcjanna, nie mówiąc ani słowa, wyjęła z pieca żeliwny garnek, spojrzała na stary zegar na ścianie, jakby sugerując, że pora obiadu, i nalała do głębokiej miski aromatyczny żur z zakwaszonej kapusty. Dodała kawałek słoniny, cebulę i pajdę chleba żytniego z chrupiącą skórką. Po chwili namysłu postawiła na stole butelkę bimberu. Jej zgarbione plecy, owinięte wełnianą chustą, wydawały się kruche, lecz w filcowych kapciach poruszała się pewnie, mimo gorąca w izbie.
Stanisław, zniżając głos, zaczął mówić:
— Żur zeżrę z ochotą, ale pić – darujcie. Przysiągłem, babciu Marcjanno, że ani kropli więcej do ust nie wezmę. Całowałem ikonę, obiecałem księdzu. Po tamtym razie, gdy się nawaliłem i Zosię z zazdrości urządziłem, taki burdel w świetlicy narobiłem – sam nie wiem, czemu nie wylądowałem za kratkami. Za połamane krzesła musiałem słono zapłacić. Matka mówiła, że plecy was bolą, więc przyszedłem wodę przynieść. Teraz zjem, drwa przyniosę, może jeszcze jakąś robotę znajdziecie. Jak tylko mama zobaczy, że przy telewizorze siedzę, od razu wymyśli zajęcie, jakby z palca wyssała.
Stanisław roześmiał się z własnego żartu, ale zaraz zakrztusił się żurem. Marcjanna, nie tracąc rezonu, zaczęła uderzać go małymi piąstkami po plecach, jakby gwoździe w deskę wbijała. Chłopak, odkasławszy, dalej pałaszował żur ze słoniną i cebulą, po czym, przymrużywszy oko, spytał:
— Babciu, a jak wy śpicie? Plecy się prostują, czy jak kłoda leżycie?
Marcjanna spojrzała na niego swoimi jasnymi, błękitnymi oczami, w których mignął uśmiech, i machnęła ręką, jakby odganiając pytanie.
— A ja myślę, że w młodości byłaście ślicznotką! — ciągnął Stanisław, kiwając na starą fotografię na ścianie. — Włosy gęste, brwi – jak dwie tęcze nad czołem, a oczy – niby gwiazdy w noc. Moja Zosia też krasa niesłychana! Zaraz wam jej zalety wyliczę, a wy palce zaginać. Tylko boję się, że palców zabraknie: piękna, dorodna, skromna, dobra, pracowita, schludna, oszczędna, saneczki ślicznie śpiewa, w tańcu – aż oczy bolą, hojna, zamężna nie była, nie pije, nie pali, po cudzych podwórkach się nie wałęsa. No i jak, babciu, palce się skończyły?
Stanisław dostrzegł, jak oczy Marcjanny rozbłysły śmiechem. Jej piersi się trzęsły, lecz głosu nie było – tylko gorąco w spojrzeniu.
— Ależ macie oczy, babciu, jasne, żywe, nie na swój wiek! — zachwycił się. — Zosię znacie?
Marcjanna rozłożyła ręce i wzruszyła ramionami, jakby mówiła: „Któż was rozsądzi, czy dobrzy jesteście, czy nie”.
— Pewnie, że nie tacy, jak wy bywaliście — mówił dalej Stanisław. — Wy rodziców słuchaliście, baliście się sprzeciwić. A my? Ledwo co nie po naszej myśli – już gęba do uszu i w pogoń, w sam wir. Mamy na wszystko własne zdanie. Ojciec mój, zanim coś zrobi, zawsze ze mną się naradzi. A mama w ogóle mnie za głowę domu uważa. Bracia po miastach się rozjechali, ja najmłodszy, póki nie ożenię się, z rodzicami mieszkam. Ale chcę wesele wyprawić, dzieci całą gromadę mieć. Zosia moja – no, istny cud! Jestem weterynarzem, więc po fachu powiem: zdrowa, urodzi tyle, ile zechce. No i co, palce już się skończyły?
Stanisław najadł się solidnie, od piecowego żaru rozmarzył go. Mimo bólu w plecach, u Marcjanny w izbie było czysto jak w muzeum. Szczególnie rzucało się w oczy ogromne łóżko z pierzyną, górą poduszek i koronkowym kapą. Stanisław zamyślił się:
— Żeby mi takie łóżko na pierwszą noc po ślubie! Chociaż może i nie trzeba – na takiej pierzynie ugotujesz się jak jajko i o wszystkim zapomnisz.
Rozśmiał się i dodał:
— Zosia niedługo skończy naukę, wróci do wsi, i hukniemy wesele. Uczy się na felczerkę. Wyobraźcie sobie, jak świetnie: ja bydło leczę, ona – ludzi. Choć mama czasem ojca bydlakiem nazywa. A co tam, czasem sami nie lepsi od bydła. Słyszeliście, jak Jurek motor Ewkowi ukradł i w stawie utopił? No nie bydlak? A Piotrek w stodole palił, mało chałupy nie spalił. Też mi ziółko!
Ale najpodlejszy to Wojtek. Chodził z Kasią, oszukał ją, zaszła w ciążę, a on z miasta narzeczoną przywiózł. Kasia mało rozumu nie postradała, myśleli, że sobie życie odbierze. A wczoraj idzie, uśmiechnięta, brzuch do przodu, mówi, że chłopiec będzie, Bóg dał na szczęście. A ja tak myślę: jak ten Wojtek będzie koło jej domu chodził, wiedząc, że tam jego syn rośnie? Ale ja Zosi nigdy nie zostawię! Patrzę na nią – i tak chce się przytulić, żeby we mnie stopniała, żebyśmy się złączyli w jedno. Ale ona dziewczyna surowa, przed ślubem – ani rusz. Ten ślub to granica, a ja jej przez nią ciągnąć nie będę. Felczerka z niej będzie przednia, wasze plecy w mig wyprostuje. Zastrzyki daje – komar bolej kąsa. A ja czasem myślę: jak nam PGR dom przydzieli, będę za wami, babciu, tęsknił. Mieszkać będziemy nie blisko. Ale nic to, zawsze przyjdę pomóc, pogadać. Co tam jeszcze u was smacznego?
Marcjanna zręcznie chwycił pogrzebacz i wyjęła z pieca garnek z kaszą gryczaną i mięsem. Aromat uderzył w nos tak, że Stanisław aż głową pokręcił. Porwał łyżkę i jak dziecko zaczął stukać nią w stół. Marcjanna się uśmiechała, jej oczy błyszczały z radStanisław w końcu wstał od stołu, przeciągnął się leniwie i powiedział: “No to idę, babciu, bo matka znów będzie krzyczeć, że zamiast pomagać, tylko u was obiaduję”.



