**Wybór nieunikniony**
Magda drgnęła od ostrego okrzyku:
— Hej, paskudniku! — Wiktor zamachnął się ciężką torbą nad szczeniakiem, a potem zwrócił się do niej: — O co ci chodzi? Zwariowałaś? Karmić bezpańskie psy moim jedzeniem?
Pewnego wiosennego dnia Magda poczuła nagły głód miłości.
Stała przed lustrem, w zamyśleniu wpatrując się w swoje odbicie. *„Jak szybko płynie czas”* — westchnęła. *„Wydaje się, że dopiero wczoraj byłam młodziutka jak stokrotka, a teraz… no cóż, raczej dojrzała aster. Piękna, ale już z nutą jesieni. Za chwilę zima, a potem… czas wziąć życie w swoje ręce!”*
Trzydzieści siedem lat — wiek, gdy mądrość już jest, a uroda jeszcze nie zgasła. Najwyższy czas na odważne decyzje! Ale gdzie szukać tej jedynej miłości? W pracy — same kobiety, przypadkowe znajomości na ulicy to nie dla niej, a internet budził tylko nieufność.
Ale mówią przecież: kto szuka, ten znajdzie.
I szczęście się do niej uśmiechnęło: w ich dziale kadr pojawił się nowy pracownik — Tomasz Kowalski. Wysoki, nieco przy kości, z dobrodusznym uśmiechem i w poważnych okularach. Mniej więcej w jej wieku. Magda od razu zauważyła jego spokój i pewność siebie.
Konkurencja była jednak spora. Choćby ta mała Kasia, młodsza specjalistka od kadr — świeża jak wiosna, z długimi nogami, pełnymi ustami i rzęsami, które mogłyby wznieść wiatr jednym mrugnięciem.
Magda na początku zwątpiła. Jak ona, skromna i stateczna, ma konkurować z taką pięknością? Pewnie Tomasz nawet nie spojrzy w jej stronę, padając przed nogami Kasi, oślepiony jej młodością i śmiałym wdziękiem.
Ale się myliła. Kasia kręciła się wokół Tomasza jak paw, prezentując raz dekolt, raz nogi, lecz on pozostawał niewzruszony:
— Kasia, masz do mnie pytanie? Zaraz skończę i pomogę.
Patrzył jej prosto w oczy, ignorując wszystkie sztuczki.
Za to gdy Magda pewnego dnia przyniosła do pracy swój słynny szarlotkę, Tomasz nagle ożył:
— Magda, ależ ty jesteś czarodziejką! Takie ciasto piekła moja babcia. Jakbym wrócił do dzieciństwa!
Komplement był dziwny. Magda nie chciała przypominać dorosłemu mężczyźnie o jego babci. Potrzebowała mężczyzny, nie chłopca tęskniącego za przeszłością. Ale po namyśle uznała, że to niezły początek. Lepiej taki komplement niż żaden.
Poza tym zrozumiała: Tomasz przepada za domowym jedzeniem. A gotować umiała i lubiła, choć czasem cierpiała z tego powodu — kiedyś nosiła rozmiar 38, teraz spokojnie przeszła na 42. Więc zaczęła przynosić do pracy swoje kulinarne arcydzieła: i współpracownicy zadowoleni, i ona sama mniej zjada.
Tak, przez pierogi i barszcz, Magda znalazła drogę do serca Tomasza. Prosta, banalna, ale skuteczna — przez żołądek. Wkrótce ich relacja rozkwitła: kwiaty, komplementy, długie rozmowy.
— To niesamowite, Tomasz — wyznała kiedyś Magda. — Dopiero zaczęłam marzyć o miłości, a ty się pojawiasz. Tak… prawdziwy. A ja, przyznaję, myślałam, że nie mam szans. Zwłaszcza z tą Kasią, która przed tobą prawie tańczyła.
— Kasia? — szczerze zdziwił się Tomasz. — Co ty? Takich jak ona jest milion: rzęsy przedłużone, paznokcie jak szpony, nogi zawsze na pokaz. Myślą, że wszyscy faceci za nimi szaleją. Nie, dziękuję, ja wolę prawdziwą kobietę: dobrą, ciepłą, gospodarną. Taką jak ty, Magda.
*„Oto moje szczęście!”* — rozpromieniła się w duchu Magda. *„Może długo błądziło, ale w końcu mnie znalazło!”*
Wydawało się, że Tomasz nie ma wad. Ale, niestety, idealnych ludzi nie ma…
Ich związek trwał już pół roku, a wszystko zmierzało ku ślubowi. Być może doszłoby do niego, gdyby nie ten ponury listopadowy wieczór.
Pogoda tego dnia wariowała: raz lało, raz sypał mokry śnieg, a wiatr zmieniał kierunek, jakby igrał z ludźmi. Magda i Tomasz, pod rękę, spieszyli do domu, chowając się pod parasolem.
— Patrz, kotek! — zawołała nagle Magda, zatrzymując się.
Pod latarnią, drżąc z zimna, siedział mały czarny kotek. Mokry, zabrudzony, żałosny.
— Daj spokój, Magda, idziemy! Zmarzłem i jestem głodny — Tomasz pociągnął ją za rękaw.
— Zaraz, tylko chwilkę — Magda pochyliła się nad kotkiem. — Chodź tu, maluszku.
— Magda, serio? — warknął Tomasz. — Twój prawie narzeczony marznie i głodny, a ty bawisz się z bezdomnymi kotami!
— Zabierzemy go — powiedziała stanowczo, chowając kotka pod płaszcz. — Nie narzekaj, jemu jest gorzej niż nam.
— Wariatka — mruknął i ruszył przed siebie.
Magda z kotkiem podążyła za nim.
— Nie bój się, on jest dobry, tylko marudzi — szepnęła do kotka.
Lecz w domu dobroć Tomasza gdzieś wyparowała.
— Nakarm go, skoro już go przytargałaś, i wyrzuć! — oświadczył.
— Co? Na dwór? Tam śnieg, deszcz, zimno! On jest mały, bezradny! — oburzyła się Magda.
— Magda, nie bądź naiwna. Na ulicy takich kotów pełno. Nie zabierzesz wszystkich do domu! Zrobiłaś dobry uczynek, wystarczy. Wyrzuć go, ja też jestem głodny!
— Nie, Tomaszu, nie wyrzucę go. Jak ty tego nie rozumiesz?
Ale Tomasz nie chciał zrozumieć.
— Nie znoszę kotów! — odciął się. — Zwierzęta w domu to fanaberia. Powinny być pożyteczne: mięso, mleko, wełna. A twoje koty to darmozjady. Nie potrzebuję tego w moim domu!
Magda jakby ujrzała innego człowieka. Zimnego, egoistycznego, wyrachowanego.
— Po pierwsze, to mój dom — powiedziała twardo. — A po drugie, powiedz mi, Tomaszu: czy i żonę wybrałeś sobie ze względu na „użyteczność”?
— No i co w tym złego? — zmieszał się. — Tak, chcę, żeby żona nie tylko paznokcie malowała, ale i dom prowadziła. To normalne!
— Aha, już wiem — cicho powiedziała Magda. — Czyli ja jestem dla ciebie użyteczna. Gospodarna. A Kasia, w takim razie, dba o siebie, więc taka ci nieAż pewnego dnia, gdy wracała z psem i kotem ze spaceru, spotkał ją na klatce schodowej nowy sąsiad, Piotr, który nie tylko uśmiechnął się do niej ciepło, ale też ukląkł, by pogłaskać Rogalika, mówiąc: *„Jaki piękny piesek, a ten kot pewnie ma charakterek”*, i wtedy Magda zrozumiała, że spotkała kogoś, kto pokochałby nie tylko ją, ale i jej zwierzęta, bez żadnych warunków.



