Stare lustro, czyli jak zięć z teściową się pogodzili
Kasia wróciła do domu późnym wieczorem. W mieszkaniu panowała dziwna cisza. Ani głosu męża, ani zwykłego mamrotania matki.
– Mamo? Piotrek? – zawołała, zaglądając po kolei do pokoi. Pusto.
„Pewnie mąż jest w warsztacie w garażu – pomyślała. – Ale mama? Czyżby się obraziła i wyjechała?”
Narzuciła kurtkę i wyszła na podwórko. Z uchylonych drzwi garażu sączyło się żółte światło, słychać było podniesione głosy. Weszła do środka i zamarła.
Piotrek i jej mama, Halina Stanisławówna, z zapałem pracowali nad starym lustrem. Mąż malował ramę, a teściowa, zawiązawszy chusteczkę i włożywszy stary fartuch, coś żywo tłumaczyła.
– Popatrz tylko, jak drewno zagrało! – zachwycała się Halina Stanisławówna. – Twoja robota to prawdziwa sztuka, Piotrek!
– Nie przesadzajcie, Halino Stanisławówno… Tak tylko, bawię się.
– Bawisz się! – prychnęła teściowa. – Toż to arcydzieło!
Kasia przysiadła na taborecie, nie wierząc własnym oczom. Rano byli o krok od wielkiej kłótni…
Wszystko zaczęło się od tego, że Halina Stanisławówna wprowadziła się do nich „tymczasowo” po zamknięciu sanatorium, w którym mieszkała ostatnie dwa lata.
– Mamo, to tylko na kilka tygodni – uspokajała Kasia męża. – Dopóki nie otworzą dla niej nowego miejsca.
– Kilka tygodni – mruknął Piotrek. – A ja mam z nią żyć pod jednym dachem.
Chodził po kuchni, zaciskając pięści, aż w końcu westchnął:
– Może wynajmiemy jej jakiś pokój? Właśnie mam dostać premię…
– Oszalałeś? – oburzyła się Kasia. – Żeby potem całe życie słuchać, jak własna córka wyrzuciła matkę na ulicę?
Dzwonek do drzwi przerwał ciszę. Halina Stanisławówna, jak zawsze, przyjechała godzinę wcześniej, „żeby sprawdzić sytuację”.
Od progu zaczęła inspekcję:
– Kasia, kochanie, tapety wam kompletnie wyblakły… A wieszaki? Piotrek, mógłbyś choć śruby dokręcić!
Piotrek wyszedł do łazienki bez słowa.
W pierwszym tygodniu teściowa przemeblowała mieszkanie, wyszorowała kuchnię do połysku, przejrzała wszystkie szafki i… zabrała się za dokumenty Piotrka.
– Halino Stanisławówno! – podniósł głos Piotrek, gdy nie znalazł ważnej teczki. – Gdzie moje papiery?
– Wyrzuciłam – odpowiedziała teściowa, wzruszając ramionami. – Pomięte były. Wszystko posegregowałam od nowa. I alfabetycznie!
Piotrek wyszedł w milczeniu, trzasnąwszy drzwiami.
Kasia próbowała skupić się na pracy, ale myśli wciąż wracały do domu. Matka – uparta, mąż – zawzięty… A między nimi – ona.
Po pracy od razu wróciła do mieszkania. Było pusto. Na początku się przestraszyła. A potem usłyszała głosy w garażu.
I teraz siedziała, nie mogąc uwierzyć własnym oczom: ci dwoje, których z rana musiała godzić, teraz dyskutowali o lakierach i impregnatach, śmiali się jak starzy przyjaciele.
– Mamo? – odezwała się niepewnie.
– O, przyszła! – Halina Stanisławówna promieniała. – Zobacz, jakie Piotrek ma złote ręce! A ja tylko narzekałam, stara pierdoła…
Zdjęła z warsztatu talerz z plackami ziemniaczanymi:
– Proszę, upiekłam. Szłam się pogodzić, a tu… niespodzianka!
– Nie uwierzysz! – podskoczył Piotrek. – Twoja mama wie wszystko o starych meblach! Ja głowę łamałem, czym potraktować ramę, a ona – „dodaj trochę oleju lnianego”, i od razu wszystko zagrało!
– Mamo? – Kasia patrzyła ze zdumieniem. – Przecież całe życie pracowałaś w księgowości…
– Ot, hobby – machnęła ręką Halina Stanisławówna.
– No co ty! – Piotrek chwycił malowaną szkatułkę. – Spójrz tylko, jak ona odnowiła kolory! Ja bym w tydzień tego nie wymyślił.
– A u was na wsi jest tego więcej? – zainteresował się nagle.
– Cały stół w szopie! Komody, toaletki, półki… Przyjedźcie – sami zobaczycie!
– I przyjedziemy! – zwrócił się do żony. – Kasia, jedźmy latem do mamy! Wyobraź sobie, ile rzeczy można tam odnowić!
Halina Stanisławówna klasnęła w dłonie:
– Naprawdę? Przyjedziecie?
– Oczywiście!
Usiedli przy stoliku, prowizorycznie nakrytym ceratą. Stały na nim placki ziemniaczane, czajnik i słoik konfitur.
– Zjemy, a potem pokażę wam jeszcze jedną sztuczkę – mrugnęła teściowa. – Mam pomysł, jak ozdobić tę ramę.
Kasia patrzyła na nich, tak różnych, a jednak tak bliskich. W piersi coś się ścisnęło: no tak, bywa i tak… Czasem szczęście kryje się w najbardziej nieoczekiwanych miejscach – na przykład w starym garażu, pachnącym farbą i wiórami, gdzie teściowa i zięć znaleźli wspólny język.



