Babcia Zosia siedziała przy kuchennym stole i dziergała ciepłe skarpety — starannie, oczko po oczku. W dokumentach figurowała jako Zofia Kowalska, ale w wiosce wszyscy mówili do niej po prostu „Zosia” — tak jakoś swojsko, z serca.
W domu panowała zimowa cisza, tylko radio na parapecie cicho terkotało. Nagle drzwi skrzypnęły. Babcia uniosła wzrok i zamarła. Na progu stał… prawdziwy Święty Mikołaj. Czerwona czapka, biała broda, futrzane obszycie — wszystko jak należy.
— Dobry wieczór, Zosieńko! — uśmiechnął się szeroko. — Gościa przyjmiesz?
Zosia poprawiła okulary, przyjrzała się gościowi, jego workowi i butom, po czym wykrztusiła zdumiona:
— Jezu, czy ty naprawdę? A skąd tak nagle?..
— Jak to skąd? — zaśmiał się dziadek. — Dzisiaj przecież wigilia! Cały świat świętuje. A ja do ciebie — z prezentem.
— A po co ja ci, starucho? Dzieciakom byś lepiej kolędy zaśpiewał. A ja co? Babcia, już dawno przestałam wierzyć w te wszystkie dziwy.
— Dzieciaków w wiosce jak na lekarstwo. A twoje skarpety takie cieplutkie — wskazał na druty. — Więc i ty prezentu jesteś warta.
— No dobra, skoroś już przyszedł, dawaj — zaśmiała się babcia. — Tylko wierszyków ci nie powiem, bo krzyż mnie łupie, ledwo się ruszam.
— To powiedz, co dobrego w tym roku zrobiłaś.
— A cóż ja… — zamyśliła się Zosia. — Wnukom rękawiczki zrobiłam, sąsiadkom skarpety. Warzywa z ogródka rozdawałam. Chociaż może nie z dobroci, ale z nudów.
— Nie skromniaj. To właśnie dobro — gdy robisz coś bezinteresownie.
— A mój staruszek, nawiasem mówiąc, gdzieś się wałęsa. Wyszedł rano — i ani widu, ani słychu.
— Do niego też miałem wpaść. Ciągle taki sam dowcipniś?
— O, jeszcze większy! Chodzi po chałupach, opowiastska prawi, kolędy śpiewa. Weseli wszystkich, żeby nie smucili się w święta.
— Kochasz go?
— A jak myślisz? — uśmiechnęła się Zosia. — Pół wieku razem. Udajemy, że nic nie słyszymy, że nic nie widzimy. I nie kłócimy się. Po co?
Święty Mikołaj wyjął z worka chustę — mięciutką, wełnianą, w kwiatki i z mieniącymi się nitkami.
— Masz, trzymaj. Jak założysz — to o dziesięć lat młodszą się poczujesz.
— O, jaka piękna! — rozbłysły oczy babci. — Taką to chyba tylko we śnie widziałam. Dziękuję ci!
— Podziękuj mężowi — mrugnął dziadek. — To on do mnie list napisał.
Wyszedł do sieni, zdjął kożuch, czapkę i schował wszystko do skrzyni.
— Oj, Zosiu moja… — mruknął pod nosem. — Nie poznała swojego starego. Czy tylko udaje?
A babcia kręciła się przed lustrem w nowej chuście i szeptała:
— No i tak żyjemy, Stasiu… Jakbyśmy nic nie wiedzieli. A przecież wiemy. Tylko lubimy po swojemu. I w tym cały cud.



