Droga do serca przez burze

**Droga do serca przez burze**

Życie Aliny rozwaliło się jak domek z kart. Po rozwodzie z mężem czuła, że świat się pod nią zapadł. Zebrała resztki dawnego życia i wróciła do rodzinnej wsi na krańcu Wielkopolski. Tam czekała na nią opoka — babcia Hela, która duszą i ciałem trzymała się wnuczki i jej synka Bartka.

— Bartek to żywa kopia swojego ojca, Darka — mówiła Alina z gorzkim uśmiechem, patrząc na chłopca. — To jedyne, co mi po nim pozostało, jak promyk światła w ciemności.

— Mówiłam ci, żebyś nie wiązała się z tym hulaką — warknęła babcia, kręcąc głową. — Od razu widać było, że wietrznik i do butelki lgnie. Jak zacznie młody, to tylko gorzej. A ty swoje: „Miłość, miłość!” — jakbyś rozum straciła.

— Co teraz o tym, babciu? — westchnęła ciężko Alina. — Będziesz mi to wypominać do końca życia? Ale Bartek z nami, i to się liczy.

— Nie martw się, kotku — babcia przytuliła wnuczkę mocno. — Ani słowa więcej. Spójrz na siebie: piękna jak malowanie! Gdzie on taką drugą znajdzie, ten twój Darek? Głupi jak but, i tyle.

— W szkole pół klasy za mną latało — Alina nieświadomie poprawiła włosy — ale teraz nie mam głowy do związków. Nikomu nie ufam. Wszyscy na początku tacy mili, a potem… — machnęła ręką.

— Nie wszyscy tacy jak twój były — odparła Hela. — Weźmy na przykład Jacka. Pamiętasz, jak za tobą szalał? Złoty chłopak: pracowity, bez nałogów. I do dziś nieżonaty. Ostatni z waszej klasy, co wolny chodzi — babcia mrugnęła znacząco.

— Oj, babciu, nie zaczynaj — Alina machnęła ręką. — Nie mam ochoty myśleć o nikim. Trzeba Bartka do szkoły przygotować, dom ogarnąć. Rodzice, jak wyjechali do miasta za pracą, tak tam zostali w fabryce. Teraz ja tu gospodyni. I tobie pomagać trzeba…

— Pomoc to dobra rzecz — skinęła babcia — ale się nie śpiesz. Najpierw się urządź. A ja? Żyję, chodzę, siedemdziesiątka to nie wyrok. Patrzeć na ciebie i Bartka — to już szczęście. A rodzice nie porzucą, pomogą. Może na emeryturę tu wrócą. Wtedy zamieszkamy razem: wy w dużym domu, a ja w swojej chałupce obok.

— Oj, ty nasza kokoszko — Alina przytuliła babcię i cmoknęła ją w policzek.

— A o Jacku jednak pomyśl — babcia klepnęła ją lekko, jak za dzieciaka. — Tacy jak on na ulicy się nie walają.

Alina oswoiła się na wsi już trzeci miesiąc. Jacek, miejscowy traktorzysta, nie spuszczał jej z oczu. On, tak jak Hela, uważał małżeństwo Aliny za błąd, z którego jeszcze się nie podniosła. Kiedy i jak się z babcią zmówili, Bóg jeden wie, ale ciągle spotykali się w sklepie lub na poczcie. Babcia szeptem przekazywała mu wieści o Alinie i Bartku, martwiąc się, że wnuczka wciąż sama.

Jacek czerwienił się, wzdychał, ale bał się kolejnej odmowy. Hela, widząc jego wahanie, dodawała otuchy:

— Ona się zmieniła, Jacek. Dużo zrozumiała. Uroda to nie wszystko, z twarzy wody nie napijesz. A ty do życia idealny: solidny, gospodarny, troskliwy…

— I nie Apollo — uśmiechnął się Jacek, ale zaraz spoważniał. — Kocham ją, Helu. Całe te lata tylko o niej myślałem.

Babcia wzruszyła się i obiecała pomagać, ile się da.

— Tylko nie spiesz się, synku. Nie naciskaj. Jeszcze nie doszła do siebie po rozwodzie, ledwo półtora roku minęło. Daj jej czas — pouczała.

— A jeśli ktoś inny ją zabierze? — zaniepokoił się Jacek. — Już raz ją straciłem. Nie chcę drugi raz. Zrobię wszystko, żeby była moja.

— To słuchaj mnie — babcia uśmiechnęła się chytrze. — Pomagaj w gospodarstwie, ale bez nachalności. Nie okazuj uczuć, trzymaj dystans. A potem zobaczymy.

— Babcia to dopiero psycholog! — rozśmiał się Jacek. — Na pewno zadziała?

— Jak nic! — zapewniła. — A ja słówko za ciebie wtrącę. Ale pamiętaj: skrzywdzisz ją — i moje serce pęknie.

Jacek skinął głową, a w sercu poczuł ciepło, jakby już dostał błogosławieństwo i zgodę Aliny.

Wiosna rozkwitała na dobre. W ogrodach czerniły się świeżo przekopane grządki, po których dumnie stąpały gawrony. Pewnego ranka Alina usłyszała warkot traktora pod domem. Wybiegła na podwórko w kapciach, narzucając tylko starą kurtkę, i aż ręce załamała:

— Jacek, co to ma być?! Dla kogo?! — wpatrywała się w przyczepę pełną torfu.

— Dla ciebie, a dla kogo! — burknął Jacek, zeskakując z maszyny. — Babcia zamówiła. Powiedziała: przywieź i koniec. Otwieraj bramę. Ale czekaj, co ty w kapciach? Idź się ubrać, przeziębisz się! — sam otworzył bramę, wjechał na podwórko i wysypał torf pod płotem.

— Ile ci się należy? — Alina sięgnęła po portmonetkę.

— Nic się nie należy. Babci jako emerytce — gratis. Schowaj te pieniądze — odciął się Jacek, tylko przelotnie na nią spojrzawszy, i odjechał.

Następnego dnia jego młodszy brat, licealista Tomek, przez cztery dni rozrzucał torf po ogrodzie, też nie biorąc grosza.

— Z bratem swoje porachunki — machnął ręką. — Kazał nie brać, to nie biorę.

— Co to ma znaczyć? — załamała ręce Alina. — Zapisały mnie do weteranów? Czy tu komunizm, czy co?

Babcia potwierdziła słowa Jacka, promieniejąc z zadowolenia.

— No i masz grządki na wiosnę gotowe. Torf ziemię rozluźni i użyźni na lata. Wsadzaj, co chcesz.

Po tygodniu Jacek przywiózł przyczepę obornika, wysypał go za sadem i przykrył folią.

— Niech leży — powiedział stanowczo. — Ciesz się, że darmo.

— Dzięki, Jacek — uśmiechnęła się Alina. — Nie sądziłam, że taki z ciebie gospodarz. Może na herbatę wpadniesz? Drożdżówki z serem upiekłam.

Jacek omal nie podskoczył z radości, ale pamiętając rady babci, odpowiedział spokojnie:

—Jacek odwrócił się i skinął głową, ukrywając uśmiech, bo wiedział, że ta drobna chwila może być początkiem czegoś nowego.

Rate article
Fajna Tajna
Droga do serca przez burze