*Jesień przebaczenia*
— Natalia Włodzimierzówna, po co pani to?! Niech operuje ją doktor Borkowski! — Głos pielęgniarki Asi drżał z niepokoju. Ledwo nadążała za ordynatorką oddziału chirurgicznego, jedną z najlepszych w szpitalu.
— Asia, niech przygotują salę operacyjną. Będzie potrzebna krew. I natychmiast skontaktuj się z Krzysztofem — niech przyjdzie na operację — rzuciła Natalia, nie zwalniając kroku.
Na łóżku w izbie przyjęć leżała kobieta — około trzydziestki, cała w czerni, jedna noga bez buta. Nieprzytomna.
— Potrącona na pasach. Kierowca był pijany — szybko zameldował ratownik. — Ciśnienie spada, podejrzenie krwotoku wewnętrznego.
— Na stół! Natychmiast! — krzyknęła Natalia, a nosze błyskawicznie unieśli dwaj sanitariusze.
— Natalio! Natalka! — usłyszała za sobą rozpaczliwy krzyk. Od razu poznała ten głos. Piotr. Jej były mąż. Ten sam, który odszedł do tej kobiety.
— To prawda? — chwycił ją mocno za ramiona. — To Joannę potrącili?!
— Piotrze, robimy, co możemy. A teraz — przepraszam, muszę pracować.
— Ty?! Ty ją będziesz operować? Nie! Nie pozwolę! Chcesz ją zabić?! — w jego głosie było więcej strachu niż złości. Natalia skinęła na pielęgniarkę i kazała podać mu sedację.
Gdy weszła na salę operacyjną, rozmowy ucichły w jednej chwili. Czuła na sobie spojrzenia. Czuła osąd. Ale się nie ugięła.
— Tak, to ta kobieta. Tak, ja ją zoperuję. Bo jestem chirurgiem. Jednym z najlepszych w mieście. Jeśli ktoś uważa, że nie dam rady — niech powie teraz. Jeśli nie — pracujemy. Ratujemy życie. Jasne?
Operacja trwała trzy godziny. Dwa razy stan pacjentki był krytyczny. Ale Natalia walczyła, jak mogła. I wyciągnęła ją. Joanna przeżyła.
*„Dwa dni w intensywnej terapii i będzie jak nowa”* — napisała Piotrowi, który czekał pod drzwiami.
— Natalciu… Wybacz. Jestem idiotą. Jestem ci wdzięczny, do końca życia będę ci wdzięczny! — całował jej dłonie, płakał, klękał.
— Piotrek… Dosyć. To już przeszłość. Wracaj do domu. I tak nie możesz jej teraz widzieć. Dam znać, jeśli coś się zmieni.
Natalia zaparzyła sobie tanią kawę, usiadła w pokoju lekarskim na zniszczonej kanapie z drożdżówką i dopiero teraz poczuła głód. Ledwie zamknęła oczy, gdy do środka wpadła Asia.
— Jest pani bohaterką! Podziwiam panią! Ale po co? Po co ratować tę żmiję? To ona zniszczyła pani życie…
— Asia, jestem lekarzem. Pacjentka miała krwotok. A to, o czym mówisz… Z Piotrem sami wszystko popsuliśmy. Nie jestem nawet pewna, czy naprawdę go kochałam.
— Pani… Pani jest po prostu wspaniałą kobietą! — szepnęła Asia i mocno przytuliła Natalię.
Kilka dni później Joannę wypisywano do domu. Piotr przyszedł z dwoma bukietami — luksusowe, bordowe róże i skromne polne kwiaty.
— To dla ciebie, Natalko. Nie zapomniałem…
— Nie trzeba było. — Ale kwiaty mimo wszystko wzięła.
— Natalio… Przepraszam. Dziękuję, że pani mnie uratowała… — Joanna ledwie mogła spojrzeć w oczy kobiecie, którą zdradziła.
— To już przeszłość — cicho powiedziała Natalia. A przede wszystkim — sobie samej.
Zmiana się skończyła. Nie chciało się iść do domu. Tam było pusto i cicho. Natalia poszła na spacer po starówce. Lubiła to miejsce. Lubiła zabawę: zgadywać, kto czym się zajmuje. Zwycięzca fundował kawę.
Na ławce siedział mężczyzna. Płaszcz, drogie zegarki, teczka. Adwokat? Na pewno.
— Przepraszam… — Natalia nawet nie zauważyła, kiedy podeszła. — Pan… przypadkiem nie prawnik?
— Trafiła pani — uśmiechnął się. — A pani, jak sądzę, lekarka?
— Skąd pan… — roześmiała się, zaskoczona.
— Co więcej — chirurg. A na imię ma pani… Natalia?
— Stop, jak?… Jest pan jasnowidzem?
— Nie, po prostu umiem czytać. Ma pani identyfikator na piersi — rozśmieszył się. — A tak w ogóle, jestem Aleksander.
— W takim razie funduje pan nie tylko kawę, ale i rogalika! — zaśmiała się w odpowiedzi.
Po raz pierwszy od wielu lat Natalia śmiała się naprawdę. Jakby jej serce przypomniało sobie, czym jest radość. Jesień za oknem nie miała znaczenia. Wiosnę miała w środku.



