Mieszkanie Julii — i zero krewnych
Julia zmywała naczynia, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Na progu, jak grom z jasnego nieba, stała teściowa.
— Cześć, Julciu — powiedziała z przesadną czułością Anna Januszewska. — Postanowiłam was odwiedzić. Wpadłam na kawę!
Julia zaprosiła ją do kuchni, zagotowała wodę i zawołała męża:
— Krzysiu, przyszła twoja mama!
Po kilku minutach cała trójka siedziała przy stoliku. Teściowa powoli mieszała cukier w herbacie, spoglądając na synową z tym szczególnym przymrużeniem oka, za którym Julia dawno nauczyła się rozpoznawać nadchodzącą manipulację.
— Wiesz, Krzysiu — zaczęła Anna — Michał zaproponował Kaśce, żeby się do niego wprowadziła. Wyobrażasz sobie? Jesz wcze zanim wzięli ślub!
— No to się wpakował — zaśmiał się Krzysztof. — Nasza Kaśka mu pokaże. Spokojnego życia nie zazna!
— Nie masz racji! — odparowała dumnie teściowa. — Kaśka jest inna. Skromna, rozsądna, nie to co niektóre…
Julia wyłapała to spojrzenie. Kamień, jak zwykle, leciał w jej stronę. I znów udawała, że go nie zauważyła.
— A wiesz, co Michał jeszcze zrobił? — podniosła triumfalnie palec Anna. — Da jej mieszkanie w prezencie! Wyobrażasz? Na ślub! Prawdziwy mężczyzna!
Krzysztof skrzywił się.
— Zobaczymy, co tam da. Póty nie uwierzę, póki nie zobaczę dokumentów.
— O to mi chodzi — odpowiedziała Anna. — To się nazywa dobry wybór! A ty, swoją drogą, masz żonę z mieszkaniem, a sam nawet we współwłasności nie jesteś.
Julia wyszła z kuchni. Serce ścisnęło się jej w piersi. Znów to samo — „wpisz się na połowę”, „gdzie sprawiedliwość”, „przecież to wspólna rodzina”. Minął rok od ślubu, a Anna Januszewska wciąż próbowała wycisnąć choć kawałek mieszkania zięcia.
Krzysztof też zaczął naciskać: że się z niego śmieją, facet bez mieszkania. I samochód kupił, i remont zrobił, i meble — a wszystko cudze.
— Nikt cię nie oszukał, Krzysiu — odpowiadała Julia. — Nie ożeniłeś się z mieszkaniem, tylko ze mną. Czyż nie?
Milczał. Do następnej wizyty mamy.
Gdy do domu zawitała dominująca ciotka Krzysztofa, ten zaczął opowiadać bajki.
— Tak, mieszkanie kupiliśmy. Głównie za moje pieniądze — oznajmił pewnie.
Julia o mało się nie zakrztusiła herbatą. Kłamstwa płynęły wartkim strumieniem. Milczała. Nie przez niego — przez siebie.
Potem przyszedł kolega, Arek. Krzysztof znów rozpuścił ogon:
— Wchodź, czuj się jak u siebie. Mieszkanie to nasze z Julką!
— Brawo! — zachwycił się przyjaciel. — Ożeniłeś się, mieszkanie masz. I samochód nie byle jaki!
Julia patrzyła i nie wierzyła własnym oczom. Gdzie ten dobry, prosty chłopak, z którym się spotykała?
Spakowała rzeczy i wyjechała do rodziców.
— Mamo, nie daję już rady. Czuję się nie jak żona, a jak inwestor. On się ze mną ożenił tylko przez to mieszkanie…
— Zastanów się, córeczko. Ale mieszkania — nikomu, słyszysz? Ani kawałeczka!
Julia wróciła. A wkrótce zjawiła się teściowa. Bez zapowiedzi, roztrzęsiona, ze łzami w oczach.
— Krzysiu, tragedia! Michaś rzucił Kaśkę. Wszystko się skończyło, ślubu nie będzie. A ona nabrała kredytów: samochód, ciuchy, telefon…
— A co my do tego? — zmieszał się Krzysztof.
— Musimy pomóc. Niech Julia wpisze cię na połowę mieszkania. Zastawisz, spłacimy dług. Potem wszystko oddamy!
Julia oniemiała. Ale szybko otrząsnęła się.
— Nigdy! To mieszkanie to prezent od moich rodziców. Nawet na jeden procent nie możecie liczyć!
— Bez serca! — wrzasnęła Anna.
Julia wyszła do pokoju, ale podsłuchała, jak matka z synem szepczą pod drzwiami.
— Zrobiłam, co mogłam, synku. Ale ona — ani rusz…
— Spróbuję jeszcze coś wymyślić — mruknął Krzysztof.
Julia otworzyła drzwi gwałtownie:
— Wymyślcie! Wymyślcie sobie cokolwiek! Tylko pamiętajcie: tego mieszkania nie zobaczycie. Ani kawałka. Chcecie żyć na swoim? To zapracujcie, jak wszyscy!
Następnego dnia Krzysztof wyprowadził się do matki.
Julia złożyła pozew o rozwód. Zrozumiała późno, ale lepiej późno niż oddać im to, co jej. Bo cudze apetyty – nie mają końca. A godność – tylko jedną.



