Dzisiaj w moim dzienniku muszę się wyżalić. Moja synowa leży w szpitalu, a ja z mężem ledwo dajemy radę z wnukami. Czasami mam wrażenie, że specjalnie poszła tam wcześniej, żeby uniknąć chaosu w domu.
Mój syn, Marek, tylko rozkłada ręce: „Mamo, przecież widzisz, jak jest – tylko ty możesz nam pomóc!” – mówi sześćdziesięcioletnia Jadwiga Nowak z Poznania. No i co mam robić? Pomagam, jak umiem, ale sił już prawie nie mam…
Dziesięć dni temu synowa, Kinga, będąc w dziewiątym miesiącu ciąży, zaczęła narzekać na gorączkę, katar i ból gardła. Po dwóch dniach straciła węch i smak. Marek pracuje od rana do wieczora na budowie, więc nie było komu zająć się dziećmi. Kinga, nie zastanawiając się długo, pojechała do szpitala – „na obserwację”. A dwoje maluchów – czteroletnią Zosię i dwuletniego Janka – zostawili u nas, dziadków.
Rozumiem, że zdrowie jest ważne, zwłaszcza w 41. tygodniu ciąży… Ale dlaczego tak długo? Poprzednim razem urodziła w parę godzin, ledwo zdążyli dojechać do szpitala. A teraz leży tam już drugi tydzień, jak w sanatorium. Ogląda seriale za serialami, kazała nawet Markowi przywieźć laptopa. Mówi, że czeka na skurcze. A my tu z wnukami już nie wiemy, gdzie się schować…
Mówię to z goryczą. Zwykle nie narzekam, ale zmęczenie i poczucie niesprawiedliwości rosną z każdym dniem. Wcześniej Kinga zawsze zostawiała dzieci swojej mamie. A teraz nagle to babcia od strony ojca stała się „jedyną nadzieją”.
Z Witoldem (moim mężem) nie jesteśmy już młodzi. Od rana do nocy jestem w ciągłym ruchu – dzieci nie do opanowania. Jeden w pieluchach, drugi wrzeszczy, jeśli łyżka nie ta. Jedzenie to walka, mycie to bitwa, a położenie spać – prawdziwy cyrk. Wciąż pytają, kiedy wróci mama. A ja sama już nie wiem…
Przypomina mi się, jak przy poprzedniej ciąży Kinga też poszła do szpitala „na zapas”. Wtedy mieli tylko jedno dziecko i musieli je szybko oddać sąsiadce, zanim zdążyłam przyjechać. Dwie godziny po telefonie Kinga już urodziła. Wszystko w mgnieniu oka. A teraz – trzecia ciąża.
Pół roku temu Marek oznajmił, że będzie kolejne dziecko. Powiedział wtedy: „Mamo, nie martw się, wszystko idzie zgodnie z planem”. No tak, póki wszystko gra, to plan jest świetny. Ale jak tylko pojawia się problem – od razu: „Mamo, tylko ty!”. No i co ja mam zrobić? Nie mogę odmówić, ale to dla mnie za dużo!
Zosia chodziła do przedszkola, ale Kinga zrezygnowała – żeby nie złapała infekcji przed porodem. Nie mam jak wozić jej na drugi koniec miasta, więc siedzą w domu. A tu – harmider i krzyki. Nawet gdy dzieci w końcu ucichną, w głowie wciąż słyszę ich piski.
Janek nie umie jeść samodzielnie, wszędzie kleksy z kaszki. Zosia marudzi cały dzień, dzieci się kłócą, biją. Patrzę na nich i myślę: jak Kinga da sobie radę z trzecim? Ja z dwójką ledwo zipię!
Wieczorem, gdy Witold wraca z pracy, zajmuje się wnukami, a ja gotuję na następny dzień. Karmię, myję, sprzątam, pierę – dopiero koło dziewiątej mogę zadzwonić do Marka.
Pytam: no i co, urodziła? A on: „Nie, dalej czeka”. USG wykazało dziewczynkę, zdrową. I co teraz – będzie leżeć jeszcze dwa tydzie?
Nie ukrywam irytacji. Nie złość mnie sama ciąża, ale to, jak wszystko zostało zorganizowane. Kinga, moim zdaniem, urządziła sobie urlop: leży w szpitalu, przegląda fora, ogląda filmy, a dzieci i dom – machnęła ręką.
Mówię Markowi: niech się wypisze. Jak zacznie rodzić, wezwiemy karetkę, jak inni. Jego znajoma urodziła i następnego dnia była w domu! Znajoma córki też szybko urodziła. A u nas – jakieś przedstawienie!
A co na to Marek?
„Mamo, jeszcze trochę, już niedługo, teraz nie można się wypisać”. A ja myślę: niech napisze odmowę i wraca do domu! Ale nie – nie słucha. Ja już ledwo trzymam się na nogach…
Kto tu ma rację? Synowa, która chce zadbać o zdrowie i wcześniej leży w szpitalu? Czy może teściowa, która na granicy wyczerpania ciągnie cudze obowiązki?
Trudno powiedzieć. Ale jedno jest pewne – moja cierpliwość się kończy…



