Wtorek w życiu Wandy wybuchł jeszcze zanim przekroczyła próg. Klatką schodową ciągnęło dymem, po schodach spływała mydlana woda, a powietrze było tak gęste, jakby samo próbowało ją ostrzec: „Nie wchodź… Lepiej zawróć”. Ale Wanda, kobieta zahartowana, dyrektorka dużego przedsiębiorstwa, nie należała do tych, którzy się wycofują.
Pchnęła drzwi, rzuciła na półkę bukiet z firmowego bankietu, zrzuciła buty, jakby zrzucała ciężar minionego dnia, i wsunęła stopy w kapcie. Choć, sądząc po kałużach wody, bardziej przydałyby się kalosze. Wewnątrz mieszkania coś dziko burczało, trzaskało i dymiło. A w kącie histerycznie wył kot.
— Wiesiek?! Co się tu, do cholery, dzieje?! — warknęła, przedzierając się przez opary i zapach spalonego tłuszczu.
Mąż wynurzył się z głębi mieszkania. W samej bieliźnie, bosy, twarz w zadrapaniach i sadzy, z sińcem pod okiem i głową owiniętą ręcznikiem jak tuareg na pustyni. Wyglądał tak, jakby nie przygotowywał się do święta, ale walczył z miotaczami ognia pod Monte Cassino.
— Wandziu… Myślałem, że wrócisz później… Bankiet, przecież jesteś tam jak gospodyni. No, zwykle do ostatniej chwili…
Wanda, nawet nie zdziwiona, usiadła na pufie, zamknęła oczy i powiedziała stanowczo:
— Melduj. Wszystko. I bez „skarbie” czy „nie martw się”. Martwiłam się, gdy w latach dziewięćdziesiątych napadali na mnie gangsterzy. Martwiłam się, gdy firma stała na krawędzi bankructwa. Od tamtej pory nie żyję w panice. A teraz — mów, co ty tu narobiłeś.
Wiesiek przełknął ślinę.
— Chciałem zrobić niespodziankę. Święto. Przecież jesteś złotem, zasługujesz… Postanowiłem posprzątać, uprać, cielęcinę upiec, podłogi umyć…
— Cielęcinę? — doprecyzowała Wanda.
— Nie cielęcinę… Pralkę. Zaczęła przeciekać. No, nie od razu. Najpierw wsunąłem mięso do piekarnika, potem do wanny, potem pralkę. A tam — kot.
— Kot żyje?
— No… oczywiście! — obraził się Wiesiek. — Tylko trochę mokry. I poddenerwowany. Przysięgam, gdy włączałem pralkę — go tam nie było. On jakoś później… wślizgnął się.
— WŚLIZGNĄŁ?! Do ZAMKNIĘTEJ pralki?!
— No, może się przecisnął…
Wanda wtuliła twarz w dłonie.
— Dobra, kontynuuj. Ale najpierw pokaż mi kota. Muszę się upewnić, że przynajmniej on przeżył.
— Eee… To… Jest w salonie. Tam… przywiązany. Dla jego bezpieczeństwa. Żeby wyschnął.
— Łapy na miejscu?
— Wszystkie cztery. Tylko… unieruchomione. Tymczasowo.
— I co dalej?
— Poszedłem więc prać, czuję — śmierdzi. Myślę: coś się pali. Otwieram piekarnik, a mięso w węglach. Dolałem oleju — buchnęło płomieniem. Brwi mi osmaliło. Wtedy kot zaczął wrzeszczeć. Biegiem do pralki, a ta się nie otwiera. A kot za szybą — oczy jak u diabła. I drze się! A ja — między piekłem w kuchni a piekłem w łazience. Chwyciłem łom. Rozwaliłem. Kot wyskoczył i się zaczęło…
— Jezu… — szepnęła Wanda.
— Rozbił dwie wazy, nasikał na dywan, zdarł zasłony, podrapał tapety, strącił szampana, sąsiedzi z dołu grozili, że wezwą policję i znachorkę. A ja go złapałem i przywiązałem. Suszę. A tobie, Wandziu, niespodziankę szykowałem…
Wanda wstała. Weszła do salonu. Widok mógłby wywołać zawał u wrażliwej kobiety, ale nie u niej. Kot — przywiązany do kaloryfera, z pyskiem owiniętym szalem, dym w powietrzu, kałuże, potłuczone szkło. Jak w kronice wojennej. Wiesiek kręcił się za nią, próbując coś wyjaśnić:
— No przecież nie chciał siedzieć. Martwiłem się, że nie wyschnie. A żeby nie piszczał — buzię zakryłem. Ale wszystko w porządku!
Wanda odwiązała kota, wyciągnęła mu szal, otarła ręcznikiem z głowy Wieśka, przytuliła go mocno.
— Draniu jeden, Wiesiek. Mógł się udusić. Chociaż po pralce teraz już nic go nie ruszy.
Usiadła z kotem na kanapie, spojrzała na męża:
— No?
— Co „no”? — zmarkotniał. — Powiesić się teraz, czy później?
— Gratuluj, gapo. Dziś Ósmy Marca.
Wiesiek rozpromieniał, wybiegł z pokoju i po chwili wrócił z poważną miną, uklęknął przed żoną, wyciągnął ręce za plecami.
— Wandziu, słońce moje. Trzydzieści lat jesteś ze mną, a ja nie przestaję się tobą zachwycać. Jesteś silna, piękna, cierpliwa i kochana. Z okazji Dnia Kobiet!
Podarował jej pudełeczko z pierścionkiem i pognieciony, wytarty bukiet.
— Kwiaty były całkiem ładne… dopóki kot… no wiesz…
Wanda westchnęła, powąchała róże.
— Nawet pachną. I, o dziwo, nie spalenizną. Wiesiek, koniec z eksperymentami. Po prostu kwiaty. Po prostu przytul. Po prostu nie podpalaj mieszkania. Dobrze?
— Chciałem czegoś wyjątkowego. W pracy dostajesz arcydzieła, a ja… chciałem po domowemu. Z sercem. I z przytupem. No i wyszło…
— Wyszło — uśmiechnęła się Wanda. — Z sercem, z przytupem i nawet z groźbą pożaru. Chodź. Ratować dom. Sąsiadom składać przeprosiny. Bo faktycznie znachorkę wezwą. Choć kto wie, może ona też ma swojego Wieśka. Takiego samego… pomysłowego. Ciekawe, co tam teraz kombinuje.
Kot w tym momencie ziewnął, owinął ogonem nogę Wandy i, jakby na znak solidarności, demonstracyjnie prychnął w stronę Wieśka. Święto się udało. Na całe życie.



