Nie będę już żyć cudzym życiem.
Katarzyna wróciła do domu późnym wieczorem. Za oknami zmrok już zapadł. Stała w progu, trzymając torbę, i z nieoczekiwaną stanowczością oznajmiła:
— Rozwodzę się. Możesz zatrzymać mieszkanie, wystarczy, że oddasz moją część. Nie potrzebuję go. Wyjeżdżam.
Marcin, jej mąż, osunął się na fotel, zaskoczony.
— Dokąd niby się wybierasz? — zapytał, mrugając zdezorientowany.
— To już nie twoja sprawa — odparła spokojnie, wyciągając walizkę z szafy. — Na razie zamieszkam u przyjaciółki w domku pod Warszawą. Potem zobaczymy.
Nie rozumiał, co się dzieje. Ona już wszystko postanowiła.
Trzy dni wcześniej lekarz, patrząc na jej wyniki, cicho powiedział:
— W pani przypadku rokowania są niepomyślne. Maksymalnie osiem miesięcy… Z leczeniem może rok.
Wyszła z gabinetu jak w próżni. Miasto huczało, świeciło słońce. W głowie kołatało: „Osiem miesięcy… nawet czterdziestki nie doczekam…”
Na ławce w parku usiadł obok starszy mężczyzna. Milczał, rozkoszując się jesiennym słońcem, aż nagle odezwał się:
— Chcę, żeby mój ostatni dzień był ciepły. Nie oczekuję wiele, ale jasne słońce to dar. Nie uważa pani?
— Uważałabym, gdybym wiedziała, że to mój ostatni rok — szepnęła.
— Więc nie odkładajcie niczego na później. Miałem tyle „później”, że mógłbym nimi zapełnić życie. Ale nie wyszło.
Katarzyna słuchała i rozumiała — całe jej życie było dla innych. Praca, której nie znosiła, ale trzymała się jej dla stabilności. Mąż, który od dziesięciu lat był obcym — zdrady, chłód, obojętność. Córka dzwoniąca tylko po pieniądze lub przysługi. Dla siebie — nic. Żadnych butów, urlopu, nawet kawy w kawiarni w samotności.
Odkładała na „później”. I teraz to „później” mogło nie nadejść. W środku coś przeskoczyło. Wróciła do domu i po raz pierwszy powiedziała „nie” — wszystkim naraz.
Następnego dnia złożyła wniosek o urlop, wypłaciła oszczędności i wyjechała. Mąż próbował się dowiedzieć, córka dzwoniła z prośbami — odpowiadała spokojnie i twardo: „Nie”.
W domku przyjaciółki było cicho. Siedziała w fotelu, otulona kocem, i myślała: czy tak to się skończy? Nie żyła. Wegetowała. Dla innych. Teraz — dla siebie.
Po tygodniu poleciała nad morze. Tam, w nadmorskiej kawiarnW kawiarni poznała Jacka — pisarza, który patrzył na świat tak, jakby każdego dnia mógł być ostatni, i właśnie w tym momencie zrozumiała, że teraz zaczną żyć naprawdę.



