**Niespodzianka z przytupem: jak Leon prawie spalił dom na Dzień Kobiet**
Świat w mieszkaniu Kasi eksplodował, zanim jeszcze przekroczyła próg. W klatce schodowej unosił się dym, po schodach spływała mydlana woda, a powietrze było tak gęste, jakby samo szeptało: „Nie wchodź… Lepiej zawróć”. Ale Kasia, kobieta zahartowana, dyrektorka dużej firmy, nie należała do tych, którzy się wycofują.
Pchnęła drzwi, rzuciła na stolik bukiet z korporacyjnego bankietu, zrzuciła buty, jakby zrzucała ciężar minionego dnia, i wsunęła stopy w kapcie. Choć, sądząc po kałużach wody, lepsze byłyby kalosze. Wewnątrz mieszkania coś dziko bulgotało, trzaskało i dymiło. A w kącie zawodził wniebogłosy kot.
— Leon?! Co się tu, do cholery, dzieje?! — warknęła, przedzierając się przez parę i zapach spalonego tłuszczu.
Mąż wyłonił się z głębi mieszkania. W samej bieliźnie, bosy, twarz w zadrapaniach i sadzy, z sińcem pod okiem i głową owiniętą ręcznikiem jak berberyjski nomad. Wyglądał, jakby nie przygotowywał święta, a toczył walkę z czołgami pod Monte Cassino.
— Kasieńko… Myślałem, że wrócisz później… bankiet, przecież zwykle jesteś tam do końca…
Kasia, nawet nie zdziwiona, usiadła na pufie, zamknęła oczy i powiedziała stanowczo:
— Raportuj. Wszystko. I bez „kochanie” i „nie martw się”. Martwiłam się, gdy w latach dziewięćdziesiątych nachodzili mnie gangsterzy. Martwiłam się, gdy firma była na krawędzi bankructwa. Od tamtej pory nie panikuję. A teraz — mów, coś tu nabroił.
Leon przełknął ślinę.
— Chciałem zrobić niespodziankę. Święto. Zasługujesz na coś wyjątkowego… Postanowiłem posprzątać, uprać, upiec cielęcinę, wymyć podłogi…
— Cielęcinę? — doprecyzowała Kasia.
— Nie cielęcinę… Pranie. Pralka zaczęła przeciekać. No, nie od razu. Najpierw włożyłem mięso do piekarnika, potem poszedłem do łazienki, a tam… kot.
— Kot żyje?
— No… oczywiście! — obruszył się Leon. — Tylko trochę mokry. I wkurzony. Przysięgam, gdy włączałem pralkę — go tam nie było. W jakiś sposób… się wślizgnął.
— Wślizgnął?! Do ZAMKNIĘTEJ pralki?!
— Może się przecisnął…
Kasia wtuliła twarz w dłonie.
— Dobrze, kontynuuj. Ale najpierw pokaż mi kota. Muszę się upewnić, że przynajmniej on przeżył.
— Eee… On jest w salonie. Tam… przywiązany. Dla jego bezpieczeństwa. I żeby wyschnął.
— Łapy na miejscu?
— Wszystkie cztery. Tylko… unieruchomione. Tymczasowo.
— I co dalej?
— No więc biorę się za pranie, czuję — śmierdzi. Myślę: coś się pali. Otwieram piekarnik, a tam mięso to węgiel. Polałem olejem — buchnęło płomieniem. Oparzyłem brwi. Wtedy kot zaczął wrzeszczeć. Biegnę do pralki, a ta się nie otwiera. A kot za szybą — oczy jak u demona. I ryczy! A ja — między piekłem w kuchni a piekłem w łazience. Chwyciłem łom. Rozwaliłem. Kot wyskoczył i zaczęło się…
— Jezu… — szepnęła Kasia.
— Rozbił dwie wazony, zniszczył dywan, zdarł zasłony, podrapał tapety, roztrzaskał szampana, sąsiedzi z dołu grozili, że wezwą policję i egzorcystę. A ja go złapałem i przywiązałem. Suszę. A tobie, Kasieńko, chciałem zrobić niespodziankę…
Kasia wstała. Weszła do salonu. Widok mógłby wywołać zawał u wrażliwszej kobiety, ale nie u niej. Kot — przywiązany do kaloryfera, z pyskiem owiniętym szalikiem, dym w powietrzu, kałuże, potłuczone szkło. Jak w kronice wojennej. Leon kręcił się za nią, próbując coś wyjaśnić:
— No on nie chciał siedzieć! Bałem się, że nie wyschnie. A żeby nie wrzasnął — zakryłem mu pysk. Ale wszystko w porządku!
Kasia odwiązała kota, otarła go ręcznikiem zdjętym z głowy Leona, przytuliła.
— Draniu jeden, Leon. Mógł się udusić. Chociaż po pralce teraz nic go nie ruszy.
Usiadła z kotem na kanapie i spojrzała na męża:
— No?
— Co „no”? — zmarkotniał. — Mam się teraz powiesić? Czy później?
— Życzą mi, głupcze. Dzisiaj Ósmy Marca.
Leon rozpromienił się, wybiegł z pokoju i po chwili wrócił z dumLeon wyciągnął spod kanapy pomiętą kopertę z wypłatą i podał ją Kasi, mówiąc: “Miała być kolacja w restauracji, ale teraz przynajmniej sama sobie wybierzesz, gdzie wydasz te pieniądze.”



