Maja nie chciała wracać do domu. Tego ranka ojciec rzucił mimochodem, że przyprowadzi kolejną „narzeczoną”, żeby się z nią poznać. Znów będzie musiała naciągać fałszywy uśmiech, udawać grzeczną dziewczynkę, żeby ta obca kobieta została w ich domu. Ale Maja już miała dość tego niekończącego się teatru.
Po rozwodzie rodziców ich mieszkanie w Krakowie zamieniło się w przechowalnię obcych. Ojciec sprowadzał jedną „mamę” za drugą, a Maja nieraz żałowała, że wybrała życie z nim. Matka była zimna jak styczniowa noc – dla niej praca zawsze była na pierwszym miejscu. Maja wychowywała się pod opieką babć, a matka tylko strofowała ją za najmniejsze przewinienie. Miłość? Troskę? O tym Maja mogła jedynie marzyć.
Matka utrzymywała rodzinę, zarabiała, ale jaką ceną? Maja często myślała: lepiej, żeby była zwykłą mamą, a nie maszyną do zarabiania pieniędzy. Gdy ich małżeństwo się rozpadło, rodzice rozeszli się, jakby zrzucili z pleców ciężar. Każdy zaczął nowe życie, ale Maja została na uboczu – nikomu niepotrzebna.
Próbowała dotrzeć do matki: wagarowała, przekomarzała się z nauczycielami, byleby tylko ta ją zauważyła. W odpowiedzi słyszała jednak tylko krzyki i upokorzenia. Po kolejnej awanturze, gdy wezwano matkę do dyrektora, wyłajała Maję i wyrzuciła ją z domu. Dziewczyna spakowała plecak i pojechała do ojca. Matka nawet nie próbowała jej zatrzymać – wręcz odetchnęła z ulgą.
Z ojcem, Piotrem, życie stało się lżejsze. Maja czuła jego ciepło, szczerą miłość. Wzięła się w garść, zaczęła dobrze się uczyć, przestała buntować. Babcie pomagały w domu, podczas gdy ojciec przepracowywał długie godziny, by utrzymać rodzinę. W ich mieszkaniu na krakowskim Kazimierzu zapanowała krucha sielanka, której Maja tak pragnęła.
Wszystko zmieniło się, gdy ojciec postanowił znaleźć nową żonę. Od tamtej pory dom wypełniły obce kobiety. Maja witała je chłodem i zaczepkami, celowo je odstraszając. Nie chciała kolejnych „mam”, które patrzyły na nią jak na ciężar. Tym razem jednak ojciec był nieugięty: „Maja, dość tych kaprysów! Robię to dla ciebie, chcę, żebyśmy mieli prawdziwą rodzinę!”
Przekraczając próg mieszkania, Maja usłyszała znany głos. Serce podskoczyło. Zrzuciła trampki i zajrzała do salonu. Tam, przy stole, siedziała jej ulubiona nauczycielka – pani Weronika Kowalska. Maja ją uwielbiała: była życzliwa, sprawiedliwa, zawsze gotowa wysłuchać. Ale co ona tu robi?
Okazało się, że pani Weronika przyszła omówić oceny Mai. Dziewczyna była zdezorientowana. Nagle przyszło jej do głowy, że nauczycielka mogłaby stać się częścią ich rodziny. Czy to możliwe, że to właśnie ona jest tą „narzeczoną”? Maja zamarła, bojąc się spłoszyć nadzieję. Ale rozmowa dobiegła końca, a pani Weronika wyszła, zostawiając Maję w niepewności.
Zanim zdążyła ochłonąć, rozległ się dzwonek do drzwi. Na progu stała nieznajoma – młoda, z intensywnym makijażem i pewną siebie miną. Maja poczuła, jak coś się w niej załamuje. Tak bardzo liczyła, że pani Weronika nie przyszła tylko tak! W rozpaczy wbiegła do swojego pokoju, zatrzasnęła drzwi i wybuchnęła płaczem.
Siedziała zamknięta do późnego wieczora, aż wróciła babcia. Dziewczyna wylała przed nią żal i strach. „Nie chcę żadnych macoch! Dlaczego tata nie widzi, jak mi źle?” – łkała. Babcia, wysłuchawszy jej, mocno przytuliła wnuczkę. Rozumiała, jak ciężko jest Mai, której dziecięca dusza cierpiała od osamotnienia i zdrady.
Babcia porozmawiała z Piotrem. Postanowili, że nie będą już wprowadzać do domu „narzeczonych”, dopóki Maja nie będzie gotowa. A w głowie dziewczyny kiełkował już plan. Miała zamiar pomóc ojcu zbliżyć się do pani Weroniki. Jeśli marzenia się spełniają, to dlaczego nie dopomóc losowi? Maja postanowiła zrobić wszystko, by jej ukochana nauczycielka stała się częścią ich rodziny.
Głęboko w sercu wierzyła, że jej marzenie się spełni. W końcu nawet w najciemniejszą noc znajdzie się choć odrobina światła, prawda?



