W małej wsi Kamionka, zagubionej wśród mazowieckich pól, nikt nie lubił baby Barbary. Unikała ludzi, a „unikała” to jeszcze delikatne określenie. Nienawidziła ich, i w tym wszyscy we wsi byli zgodni. Siłą mogła się równać z pociągowym koniem: szeroka w barach, rosła, wyższa niż wielu miejscowych chłopów, zmuszała ich do zadzierania głów, by spotkać się z nią wzrokiem. Ale nikt tego spojrzenia nie szukał — na pozdrowienia nie odpowiadała, mruczała coś pod nosem i szła dalej, nie podnosząc oczu. A może raczej nie opuszczając — wzrost miał bowiem iście olbrzymi.
Mieszkała Barbara w środku wsi, w starym domu, który, jak pamiętali starzy, zbudował jeszcze jej ojciec. Dom otaczał wysoki płot, tak szczelny, że niewielu odważyło się zajrzeć za niego. Baba Barbara nie znosiła ciekawskich. Pewnego letniego wieczoru podpite chłopaki z ciekawości wspięli się na płot — chcieli zobaczyć, jak żyje ta odludnica. Barbara, dostrzegłszy ich przez okno, wyszła na ganek z myśliwską strzelbą, odziedziczoną po ojcu, i bez słowa strzeliła w powietrze. Od tamtej pory jej podwórko omijano szerokim łukiem.
Gospodarstwo miała spore: kury, gęsi, króliki, dwie kozy. Wieśniacy szeptali: „Po co jej tyle? Emerytura by wystarczyła, a ona tak się sknerzy”. Drób i króliki Barbara zarzynała sama, woziła na targ do powiatowego miasteczka, gdzie wszystko sprzedawała w jeden dzień. Pieniądze chowała za pazuchę i wracała do swojego solidnego domu. Z koziego mleka robiła ser według starej recepty — drogi, ale podobno w mieście miała stałych kupców. Drób tłusty, króliki dobrze wyrośnięte, jaja duże — wszystko bez oszustwa. Barbara nie obniżała ceny, ale towar rozchodził się jak świeże bułeczki.
Gdy we wsi o niej mówili, starzy wspominali: Barbara zawsze była ponura. Matka umarła, gdy dziewczynka jeszcze raczkowała po podłodze. Zostali we dwóch z ojcem — równie potężnym i nieufnym. Po kilku latach przywiózł macochę z sąsiedniej wsi, ale ta, po miesiącu, spakowała walizki i uciekła na stację. Niektórzy szeptali, że to przez Barbarę nie wytrzymała. Tak zostali sami — ojciec i córka. Gdy Barbara dorosła, ojciec pojechał do miasta handlować i przepadł. Czy go zabili, czy pojechał za uciekinierką — nikt nie wiedział. Barbara została sama. Na zawsze.
Nie wyszła za mąż. „Kto by taką wytrzymał?” — plotkowali po chałupach. Lata mijały, ludzie umierali, rodziły się nowe pokolenia, a Barbara jakby zamarła w czasie. Nawet siwizna jej nie tknęła — głowę zawsze okrywał chustą, spod której wystawała tylko masywna broda, haczykowaty nos i gęste czarne brwi, jakby wykute z kamienia.
Pewnej zimowej nocy u sąsiadów, Kowalskich, wybuchł pożar. Barbara, nie mówiąc ani słowa, zjawiła się z bosakiem i, zanim przyjechała straż, pomagała gasić ogień. Tak zręcznie rozrzucała płonące belki, że dom później złożono prawie z tych samych materiałów — nic nie zdążyło się spalić. Sąsiedzi dziękowali, ale Barbara tylko burknęła coś pod nosem i odeszła, nawet się nie odwracając.
Gdy Barbara umarła, do wsi przyjechała dyrektorka domu dziecka nr 5, Ewa Nowak, z trzema opiekunkami i gromadką dzieci. Wieśniacy, bardziej z ciekawości niż ze współczucia, tłumnie zeszli się na jej podwórko. Tam ujrzeli idealny porządek: kurnik, klatki dla królików, obora dla kóz — wszystko jak z zachodnich katalogów. W domu — sterylna czystość, ale pustka. Stół, krzesło, żelazne łóżko z zapadniętą siatką, krzywa szafa z jednym popękanym talerzem, łyżką, nożem i kubkiem bez ucha. Przy oknie — stara ława, lśniąca od lat użytku, a na piecu — starannie ułożone ubrania. I tyle.
Na stole leżała koperta, podpisana twardym charakterem pisma: „Dla Ewy Nowak od Barbary Kowalczyk”. Dyrektorka wzięła kopertę, otworzyła i przeczytała kartkę wyrwaną z zeszytu. Później opowiadała: przez dwadzieścia lat Barbara co miesiąc przesyłała domowi dziecka pieniądze — niemałe, bardzo się przydawały. W liście stało: „Dom, gospodarstwo i cały majątek zapisuję Domowi Dziecka nr 5. Dzieci są niewinne”.
Wieśniacy stali w milczeniu, patrząc na pusty dom. Ktoś przypomniał sobie, jak Barbara, jeszcze dziewczyną, siedziała nad rzeką, wpatrzona w wodę, jakby na kogoś czekała. Ktoś szepnął, że jej ojciec może nie zaginął, tylko uciekł, zostawiając córkę samą. A ona, zamknąwszy serce, całe życie niosła ten ciężar. I tylko dzieciom, obcym i niewinnym, oddała wszystko, co miała.



