— Po co mi to wszystko powiedziałaś? — zapytała cicho Kasia, jakby to nie był jej głos.
— Sama nie wiem — odparła równie bezdźwięcznie Zosia.
Chciała coś dodać, ale zatrzymał ją wzrok Kasi — ostry, czujny, przenikliwy. Tak patrzy się na kogoś, komu już się nie wierzy.
W ten piątek, jak zwykle po pracy, Kasia i Zosia wstąpiły do swojej ulubionej kawiarni. To był ich rytuał od lat: lampka wina, ciepłe pogawędki, śmiech, czasem łzy. Po prostu dwie zmęczone życiem kobiety — pracą, domem, codziennością. Przy tym stoliku przy oknie mogły być sobą.
Ale tego wieczoru coś poszło nie tak.
Kasia nagle zerwała się z krzesła, rozpromieniona, i rzuciła: — Przepraszam, zaraz wracam! — wybiegając na ulicę. Zosia, zdziwiona, uniosła brew i śledziła ją wzrokiem.
Przez szybę zobaczyła, jak Kasia obejmuje jakąś kobietę. Wysoką, zadbaną, o łagodnym uśmiechu. Zosia zastygła.
Sekunda. Druga. Twarz tamtej kobiety nagle stała się znajoma. I Zosię przeszedł zimny dreszcz.
Wiedziała, kto to jest.
Gdy Kasia wróciła, atmosfera już była inna. Zosia wymusiła uśmiech:
— Kto to był?
— Ach, Kinga. Moja kuzynka. Dlaczego pytasz?
— Tak tylko… wydało mi się, że znam tę twarz.
— Znacie się? Chcesz, żebym was lepiej przedstawiła? Kinga jest cudowna!
— Nie! — krzyknęła Zosia zbyt głośno, zbyt ostro. Kilka osób się odwróciło. — Przepraszam… po prostu nie warto.
Kasia zmarszczyła brwi:
— O co chodzi?
Zosia spuściła wzrok, zaciskając dłonie pod stołem:
— Kas… Kinga miała męża. Nazywał się Marek, prawda?
— Tak. I co z tego?
— On był ze mną. To ja zniszczyłam ich małżeństwo.
Wszystko, co Kasia wiedziała o rozstaniu Kingi z mężem, pochodziło z opowieści kuzynki. Zdrada. Zawód. Cicha zgoda na rozwód. Ból, który nie miał słów.
A teraz — wyznanie od Zosi. Przyjaciółki. Kobiety, której ufała.
Zosia zaczęła mówić, jakby rozwiązywała węzeł, który bolał ją od lat:
— Z Kingą przyjaźniłyśmy się od dziecka. Wszystko razem: podwórko, szkoła, studia. Potem ona poznała Marka. Na początku się cieszyłam. A potem… straciłam dla niego głowę. Jego spojrzenie, głos… objął mnie na ich weselu, tak po prostu, podczas tańca. A mi serce zamarło. Nie wiem, jak to się stało. Wiedziałam tylko jedno: chcę go. I przestało mi wystarczać bycie przyjaciółką Kingi. Zapragnęłam być jej rywalką.
Najpierw były spojrzenia. Potem dotyk. Potem nocne powroty. A w końcu — ten wieczór, gdy Kinga leżała w szpitalu. Przyszłam — pomóc. Wyszłam — jako kochanka jej męża.
Przyszedł do mnie. Myślałam, że zacznie się nowe życie. Ale okazało się, że to był początek piekła.
Marek porównywał. Oskarżał. Wyrzucał mi, że Kinga była idealna, a ja — nie. W rocznicę ich ślubu upijał się i płakał. Zawsze — płakał.
Żyłam w złudzeniu. Aż zrozumiałam: on nigdy mnie nie kochał. Byłam dla niego tylko schronieniem. Ale nie domem.
Kasia słuchała, zaciskając usta. Trzęsła się. Tyle lat przyjaźni z Zosią. Rady, wieczorne rozmowy, wsparcie. A to wszystko — od człowieka, który zdradził jej rodzinę. Zabił duszę kuzynki.
— Wiedziałaś, że jestem spokrewniona z Kingą? — zapytała głucho.
Zosia pokręciła głową:
— Nie. Dopiero teraz to zrozumiałam. I wiesz… cokolwiek teraz powiesz, przyjmę. Jestem winna. Już dawno to zrozumiałam.
Kasia wstała:
— W takim razie koniec. Żegnaj, Zosia. Powodzenia. Idę.
Zosia wróciła do domu. Zobaczyła: porozrzucane ubrania, butelkę wina na stole, brudne talerze. Marek był tutaj. I nie sam.
W sypialni — jakaś dziewczyna. Młoda, śpiąca.
Zosia odwróciła się i w milczeniu wyszła do kuchni. Marek wkrótce stanął w drzwiach. W jej szlafroku. Pijany.
— No, zaczynaj. Awantura, łzy, wyrzuty. Tylko że mnie to już nie obchodzi. Wyprowadzam się. Na zawsze.
— Spakuj się sam. I wynoś.
Nie spodziewał się tego. Czekał na scenę. Na opór. To ona miała płakać.
Ale ona nie płakała. Łzy dawno wyschły. W środku zostało tylko pustkowie.
Kasia powiedziała wszystko kuzynce. Kinga wysłuchała w milczeniu. Na końcu tylko rzekła:
— Zosia umarła dla mnie dawno temu. Tak jak Marek. Wybaczyłam im. Ale nigdy już nie wpuszczę ich do swojego życia. Wybaczyć jest łatwo. Uwierzyć ponownie — to niemożliwe.



