Burza w domu: Dramat Kingi
Kinga odprowadziła męża do pracy i, marząc o chwili spokoju, wróciła do sypialni w ich przytulnym mieszkaniu w Poznaniu. Ledwo się położyła, gdy rozległo się gwałtowne pukanie do drzwi.
— Otwieraj, żywo! — rozległ się ostry głos teściowej.
Kinga, zaniepokojona tonem, otworzyła. W progu stała Halina Januszówna, jej oczy błyszczały determinacją.
— Halina Januszówno, co się stało? — ostrożnie zapytała Kinga, czując, jak serce ściska się z niepokoju.
— Spałaś, czy co? Pakuj się, będziemy przygotowywać dla mnie pokój! Wyprowadzam się do was! — oświadczyła teściowa, rzucając wyzwanie.
— Jak to wyprowadzasz się? Po co? — Kinga zastygła, niezdolna pojąć, co usłyszała.
W rodzinie Kingi i Krzysztofa panowała radosna atmosfera — Kinga była w piątym miesiącu ciąży. Ale szczęście przyćmiewała teściowa. Od kiedy Halina Januszówna dowiedziała się o przyszłym wnuku, dosłownie dusiła Kingę swoją „troską”, od której chciało się uciec bez oglądania się za siebie.
Halina zawsze była uważna wobec syna, ale jej troska o synową graniczyła z natręctwem. Jej sposób bycia był ciężki jak kamień — każde słowo niosło mieszaninę pochwały i jadu.
— Patrzę na ciebie i się martwię — oznajmiła pewnego dnia, znów pojawiając się bez zapowiedzi.
— Dlaczego? — zdziwiła się Kinga, mimowolnie oglądając się.
— W lustrze byłaś? — teściowa zmrużyła oczy. — Chuda jak szczapa! Ręce — patyki, biodra wąskie. Jak rodzić będziesz? Tylko oczy masz ładne, nimi chyba mój Krzysio się skusił. A poza tym to nic w tobie nie ma.
Kinga oniemiała. Komplement? Obraza? Nie wiedziała, jak zareagować.
— Pewnie w dzieciństwie często chorowałaś — ciągnęła Halina Januszówna. — Gdzie twoi rodzice patrzyli?
— Nie chorowałam! — wybuchnęła Kinga. — Rodzice co lato zabierali mnie nad morze!
— No właśnie — zabierali, bo słabiutka byłaś. Po prostu zapomniałaś! — ucinała teściowa, jakby stawiając kropkę.
Tak właśnie wyglądała jej „specjalna” troska: nie potrafiła pochwalić, nie kłując przy tym. Wyjątkiem był syn Krzysztof i córka Weronika, mieszkająca w innym mieście. Ich uwielbiała bez zastrzeżeń.
W siódmym miesiącu Kinga bała się nie porodu, a kolejnej wizyty teściowej. Chciała nawet odwołać swoje urodziny, byle tylko nie widzieć Haliny Januszówny. Ale Krzysztof nalegał:
— Chcę ci sprawić przyjemność, Kinga. Rodzinne święto to radość!
Krzysztof, przyzwyczajony do manier matki, nie zauważał, jak ciężko Kingi znosi jej docinki.
— Kinga, może urodziny w domu zorganizujemy? — zaproponował tydzień przed świętem. — W restauracji tłok, a w twoim stanie nie warto ryzykować.
— Dlaczego w domu? — bez entuzjazmu spytała Kinga.
— Niedługo poród, po co łapać zarazki? — przekonywał.
— Dobrze — westchnęła. — Ale żadnych bankietów, nie mam siły gotować.
— Mama przyjdzie wcześniej, pomoże! — uradowany oznajmił Krzysztof.
Kinga zastygła, jej oczy pociemniały.
— To Halina Januszówna zaproponowała świętowanie w domu?
— Co ma do tego mama? Sam wymyśliłem! — bronił się mąż.
— Oczywiście! Bez jej rad nic nie potrafisz! — wybuchnęła Kinga.
— Kinga, mama chce dla nas dobrze!
— Milcz! Świętujemy w domu, ale pomagać będzie moja mama!
— Twoi mają godzinę drogi, a mama tuż obok — sprzeciwił się Krzysztof.
— Moi przyjadą dzień wcześniej, zostaną na noc! — odcięła Kinga.
— O co ci znów chodzi?
— Jeszcze słowo, a poproszę rodziców, żeby przywieźli psa! — warknęła.
— Wiesz, że nie znoszę psów — przypomniał Krzysztof.
— Właśnie o to chodzi! — Kinga wyszła do sypialni, trzaskając drzwiami.
W przeddzień święta rodzice Kingi, Agnieszka Stanisławowa i Marek Wojciechowicz, przyjechali z prezentami. Przywieźli warzywa z działki i ubranka dla dziecka. Agnieszka wiedziała, że córka nie jest przesądna, więc spokojnie kupowała rzeczy dla malucha z wyprzedzeniem. Kinga z Krzysztofem już kupili łóżeczko i wózek, ale ukrywali to przed teściową.
— Mamo, tylko nie mów przy Halinie Januszównie o dziecięcych rzeczach — poprosiła Kinga.
— Znów wtrąca się z przesądami? — dopytała Agnieszka Stanisławowa.
— Oj, nie daje mi oddychać — poskarżyła się córka. — Od kiedy jestem na urlopie macierzyńskim, drżę na każdy dzwonek do drzwi.
— A z Krzysiem jak?
— Z nim w porządku. On całe dnie w pracy. Ale teściowa…
— To nie tak — zmarszczyła brwi matka. — Jutro z nią pogadam.
— Mamo, nie trzeba!
— Od trzydziestu lat jestem matką, nie dam cię krzywdzić! — odcięła Agnieszka Stanisławowa.
Rankiem w dniu urodzin Kingi rodzice już krzątali się w kuchni.
— Córeczko, wszystkiego najlepszego! — Marek Wojciechowicz pierwszy uściskał córkę.
— Nasza piękna, bądź szczęśliwa! — dołączyła Agnieszka Stanisławowa.
Kinga pochwaliła się prezentem od męża — Krzysztof podarował jej pierścionek i bilety na wystawę, o której marzyła.
— Masz szczęście do męża, córko! — uśmiechnął się teść. — Ja bym nie zapamiętał, że Agnieszce jakaś wystawa się podoba.
— Mamo, umyję się i pomogę — powiedziała Kinga.
— A ja pomogę nakryć do stołu — zakrzątał się Krzysztof.
Radość przerwał dzwonek w domofon — przyszła Halina Januszówna.
— O, swaci! Skąd was wiatr przyniósł? Pół roku się nie widzieliście, nie zanadto dbacie o brzemienną córkę. Po co jeździć sto kilometrów? — zażartowała.
Agnieszka Stanisławowa nie pozostała dłużna:
— A my, Halino Januszówno, młodym nie przeszkadzamy, nie to co niektórzy, wpadają bez zaproszenia. Choć pieniądze przesyłamy regularnie.
Teściowa skrzywiła się, ale milczała — swacha trafiła w czuły punkt. Święto minęło w napiŚwięto minęło w napiętej atmosferze, ale Kinga westchnęła z ulgą, gdy teściowa w końcu wyszła, zostawiając ich w spokoju.



