No to była dopiero historia! Tamtego wieczoru pewnie bym dostała zawału, gdyby nie to, że zęby zacisnęłam. Pamiętam, jak się zaczęło — telefon od syna: „Mamo, za chwilę wpadniemy z Anią (imię zmienione), żeby się poznać”. Mówił takim radosnym, pewnym siebie tonem, jakby w końcu podjął ważną decyzję. Ja i mój mąż wymieniliśmy spojrzenia i ucieszyliśmy się: no w końcu, nasz Wojtek się ustatkował, ożenić się chce. Ile można samotnie biegać!
Wojtek to zawsze był chłopak z charakterem. Od dziecka samodzielny, ale uparty. Po szkole poszedł do wojska, a potem nagle: „Jadę na Podhale. Będę pracować. Zarobię”. My z ojcem w szoku, ale nie odradzaliśmy. Wyjechał — i faktycznie, przyjeżdżał potem z wędlinami, oscypkami, owocami leśnymi. Mówił, że tam jest mu dobrze, natura surowa, ale piękna, ludzie prawdziwi.
A tu nagle — ożenić się postanowił. Stół nakryliśmy, chleb z solą przygotowaliśmy, najlepsze ubrania założyliśmy, czekamy. Dzwonek do drzwi. Idę otworzyć. I wtedy… prawie mnie szlag trafił.
W progu stała kobieta. A właściwie najpierw zobaczyłam tylko ogromną kożuchę z owczego futra, a za nią — troje dzieci i sam Wojtek. Kożucha weszła, zdjęła się — i wyszła z niej drobna, niska dziewczyna z gęstymi czarnymi włosami i przenikliwym, ptasim wzrokiem. Wojtek przedstawił:
— To Janeczka. Moja narzeczona.
We mnie wszystko się zawaliło. Dziewczyna tylko cicho skinęła głową, a dzieci, nie czekając na zaproszenie, usiadły prosto na podłodze. Jedno zaczęło ściągać buty, drugie wdrapywało się na parapet. Najmłodsze Janeczka sprytnie przypasała paskiem do nóżki kanapy, żeby nie uciekło. Wszystko to działo się w ciszy i w zapachach — jakby całe Podhale przyjechało do naszego mieszkania w Krakowie.
Przeszliśmy do salonu. Położyłam biały obrus, nakryłam stół. A Janeczka rękami (!) zaczęła nakładać dzieciom jedzenie. Sama jadła widelcem, ale grzebała nim w ustach jak szpadlem. Mówiła krótko, urywanymi zdaniami.
— A dzieci wasze? — spytał mój mąż, patrząc na trio na podłodze.
— Moje — odpowiedziała bez emocji.
Wymieniłam spojrzenie z ojcem Wojtka. To co, teraz to nasza rodzina?
— Wojtek, synku, gdzie się poznaliście? — spytałam, a głos mi zdradliwie drżał.
— W górach, mamo. Ona śpiewa niesamowicie. Żebyś słyszała! — odpowiedział z zachwytem syn, którego nagle przestałam rozpoznawać.
— A gdzie będziecie mieszkać? — wtrącił się mąż.
— W bacówce można — wzruszył ramionami Wojtek.
Wtedy coś we mnie pękło. Wyszłam do kuchni, za mną mój mąż. Patrzymy na siebie — oczy jak spodki.
— I co teraz?
— Nie wiem — rozłożył ręce.
Wróciliśmy do pokoju. Mój mąż podszedł do syna i, nie patrząc mu w oczy, podał pieniądze:
— Macie na hotel. Wybaczcie, ale u nas nie zostaniecie.
Wojtek westchnął:
— Zawsze mówiliście: byleby się ożenił, każdą przyjmiecie. No to przyprowadziłem.
Wyszli. Z dziećmi. Z kożuchą. Z zapachami.
Minęło ze czterdzieści minut. Znowu dzwonek do drzwi. Idę do przedpokoju. Znowu oni. Ale teraz jacyś inni. Janeczka już bez kożuchy, w zwykłej kurtce, włosy w kucyku, oczy figlarne.
— Dzień dobry — powiedziała grzecznie. — Przepraszamy.
— Nie rozumiem — wybełkotałam, cofając się.
Wojtek, uśmiechnięty, postąpił krok do przodu:
— Mamo, no przecież zawsze powtarzaliście: żeby się tylko ożenił, żeby się tylko ożenił. A ja nie chcę. Na razie. To Janeczka, moja koleżanka. Postanowiliśmy was podpuścić. Ona z Zakopanego, przyjechała w odwiedziny z siostrzeńcami. Nie mieli gdzie się zatrzymać. No to pomyślałem, że zagramy wam scenkę.
Usiadłam prosto na pufie w przedpokoju. Nogi się pode mną ugięły.
— Synku, rób co chcesz, ale więcej tak nie strasz. Prawie dostałam zawału! — wykrztusiłam.
Wróciliśmy do stołu. Janeczka, już zupełnie inna, pomagała w kuchni. Dzieci grzecznie usiadły, śmiały się. A my z mężem zrozumieliśmy: no tak, starzejemy się. Ale żart syna się udał — aż strach, jak w prawdziwym życiu.



