Dom kultury w małym prowincjonalnym miasteczku na Podlasiu był stary, ale przytulny. Dzieci tłoczyły się w sali, wpatrzone w scenę. Tam, w świetle wysłużonych reflektorów, znów występował Stanisław Nowak — starszy pan iluzjonista, którego znał każdy w okolicy. Jego kapelusz — wyświechtany, ale wciąż pełen niespodzianek — dawno stał się legendą.
Nie był typowym cyrkowcem. Stanisław miał serce pełne dobroci i duszę dziecka. Jego sztuczki nie były tylko trikami — tchnęły nadzieją. Dziś miał finałowy numer: z kapelusza miał wyczarować żywą kurę o imieniu Klara. Sala zamarła.
— Uwaga, proszę państwa! — zawołał uroczyście i wyciągnął z kapelusza rozczochranego ptaka.
Entuzjazm dzieci rozlał się po sali jak majowy wiatr: klaskanie, piski, śmiech. Gdy Stanisław już miał się ukłonić, nagle poczuł czyjś wzrok. Jeden jedyny — nieśmiały, poważny. Należący do siedmioletniego chłopca, który siedział w ostatnim rzędzie, nieruchomy, wpatrzony w kurę.
— Witaj, mały. Jesteś sam? — spytał iluzjonista, podchodząc.
— Ta kura… to naprawdę żywa? — szepnął chłopiec z zachwytem.
— Oczywiście! Chcesz ją pogłaskać? Nazywa się Klara.
Chłopiec podszedł ostrożnie, pogładził pierze. Oczy mu błyszczały, usta drżały.
— A nie boi się siedzieć w kapeluszu?
— Klara się nie boi. Jest odważna. Tak jak ty.
— Piotrek! — rozległo się wołanie.
Podbiegła do nich kobieta o zmęczonej twarzy.
— Znowu się wyrwałeś? — westchnęła, zwracając się do iluzjonisty: — Przepraszam. To nasz chłopiec… trochę inny. Ciągle gdzieś znika.
— Pani jest jego matką? — spytał Stanisław.
— Opiekunką. Jest z domu dziecka… rodziców stracił niedawno…
Gdy Piotrek odszedł ze spuszczoną głową, Stanisław poczuł w piersi coś, co przypominało uderzenie pięścią. Nie mógł go tak po prostu zostawić.
— Proszę mi podać adres tego domu dziecka.
Kobieta zdziwiła się, ale podała ulicę i numer.
Całą noc Stanisław nie spał. Przypomniał sobie, jak wiele lat temu, po rozwodzie, stracił kontakt z własnym synem. Teraz, patrząc w oczy tego chłopca, czuł — los daje mu drugą szansę.
Rankiem przyszedł do domu dziecka z ogromną paczką cukierków. Piotrek siedział w kącie, oderwany od hałaśliwej gromadki. Zobaczył Stanisława — rozpromienił się. A gdy dostrzegł, że przywiózł też Klarę — podskoczył z radości.
Tak zaczęła się ich przyjaźń. Najpierw rzadkie wizyty, potem wyjścia do zoo, czytanie książek, oglądanie bajek. Piotrek przylgnął do niego całą duszą. I Stanisław — też.
Pewnego dnia odważył się i podszedł do Anny Kowalskiej, tej samej opiekunki:
— Chciałbym adoptować Piotrka.
— Samotnemu mężczyźnie nie pozwolą — odpowiedziała cicho, ze smutkiem. — Takie prawo.
Iluzjonista opuścił głowę. Nie wiedział, że Anna już dawno go obserwowała. I że za każdym razem, gdy przychodził, jej serce biło niespokojnie. Ona też pokochała tego dziwacznego, trochę śmiesznego, ale niezwykle dobrego człowieka.
A tydzień później Piotrek, siedząc na ławce i trzymając się kurzej łapki Klary, spytał cicho:
— Czy ja mogę z tobą mieszkać?
Stanisław zastygł. Nie wiedział, jak wytłumaczyć mu o dokumentach, o przepisach.
Ale chłopiec nagle spojrzał mu prosto w oczy i powiedział:
— A gdyby pani Anna poszła z nami? Ona jest dobra. Będzie twoją żoną, a moją mamą. Wtedy na pewno dostaniemy pozwolenie.
Iluzjonista spojrzał w bok. Tam, przy oknie, stała Anna. I nagle zrozumiał — chłopiec miał rację.
Podszedł do niej, serce waliło mu jak młot, w głowie kłębiły się myśli. Ale nie musiał nic mówić. Ona wszystko przeczytała w jego oczach. Już wiedziała.
Piotrek podbiegł i przytulił się do obojga.
I w tej chwili, wśród starych ścian, w zapachu kredy, farby i taniego proszku, w korytarzu zwykłego domu dziecka, narodziła się rodzina.
Taka, o jakiej marzy się w bajkach.



