Pod deszczem samotności
Żona Dominika, Kinga, zaczęła zachowywać się dziwnie. Pewnego dnia rozpętała awanturę o nic, oskarżając go o wszystkie grzechy świata: raz talerz nieumyty, raz skarpetki nie tam, gdzie trzeba, raz zapomniał o czymś, o czym miała już dość przypominać. Najwyraźniej miała dosyć sprzątania za nim! A przede wszystkim – nie potrafił zarobić na nowy samochód. Dominik zaczął podejrzewać, że to nie w nim tkwi problem. Przecież nie dla niego nagle zaczęła się stroić, zapisała na siłownię i odnowiła garderobę. W końcu Kinga odeszła do innego… Minął rok. Pewnego ranka Dominik obudził się od dzwonka do drzwi. Narzucił szlafrok, powlókł się do przedpokoju, otworzył i zastygł, nie wierząc własnym oczom.
Ciężka, szara chmura powoli zakrywała błękitne niebo, jakby niewidzialna ręka zamalowywała je ponurą farbą. Krople deszczu zaczęły dudnić o szybę. Dominik jechał ulicami starego miasta nad Wisłą, a z każdą minutą deszcz stawał się silniejszy, a wiatr wył coraz głośniej. W aucie było ciepło, radio cicho nuciło melodię, ale za oknem panował chłód i melancholia, od której robiło się nieswojo.
Ulice opustoszały, tylko pojedyncze samochody mijały go, znikając w oddali. Ile już kół odmierzył po tym mieście? W domu nie dało się wytrzymać, nogi same zaniosły go do samochodu. Dominik lubił myśleć za kierownicą, układając swoje życie jak puzzle, w których brakowało kluczowych elementów. Skręcił w wąską uliczkę, oddalając się od centrum, od domu, w którym wszystko przypominało o przeszłości.
Tydzień temu wróciła Kinga. Jej pojawienie się rozbudziło dawny ból, rozdrapało stare rany. Myślała, że stopnieje na widok jej łez, wybaczy zdradę, zapomni obelgi. Odchodząc, obrzuciła go błotem, nazywając nieudaczykiem, beznadziejnym facetem. Czy da się coś takiego zapomnieć?
Rok wcześniej Kinga rozpętała kłótnię o nic. Krzyczała, że ma dość jego bałaganu, że nie spełnia jej próśb, że nie potrafi zapewnić jej godnego życia. „Cztery lata bez zagranicznych wakacji! Drugi rok nie mogę wyjechać nad morze! – rzucała mu w twarz. – Odbdchodzę do kogoś, kto mi to wszystko da!” Dominik podejrzewał, że jej nagłe wizyty na siłowni i nowe stroje nie były dla niego. W domu chodziła w starym szlafroku, bez makijażu, ale na zewnątrz promieniała. Nie zatrzymywał jej. Ból rozrywał mu serce, ale przetrwał. Wyszedł z przyjaciółmi, wypił, ale szybko wziął się w garść. Z czasem stało się lżej.
W pracy kobiety, dowiedziawszy się, że jest wolny, ożywiły się. Nie potrzebowały drogich prezentów ani egzotycznych wakacji – wystarczył męski towarzystwo. A Dominik był atrakcyjnym kąskiem: w sile wieku, z mieszkaniem, samochodem, bez alimentów. Ale żadna nie poruszyła jego serca. Nie unikał nowych znajomości, ale iskra nie przeskakiwała. Przyjaciele też się oddalili – ich żony bały się, że wolny Dominik namówi ich mężów na przygody. Odwiedzał ich, ale wracał do pustego mieszkania, gdzie nikt na niego nie czekał.
Dzieci z Kingą nie mieli. Dominik się tym nie przejmował – nie każdemu od razu się udaje. Kinga nawet się badała, lekarze twierdzili, że wszystko w porządku, potrzeba czasu. Ale przy rozwodzie rzuciła: „Jesteś do niczego! Nawet żonę wybrałeś taką, która nigdy nie urodzi!” To wyznanie ciąło jak nóż. A jednak, gdyby została, wybaczyłby. Ale odeszła.
Rok później rozległ się ten dzwonek do drzwi. Dominik otworzył i skamieniał. Na progu stała Kinga, z zapłakanymi oczami, błagająca o przebaczenie. „Pomyliłam się, zrozumiałam, że cię kocham”, – powtarzała, przywierając do niego. Odpowiedział, że przebaczył, ale nie potrafi zapomnieć. Jak miałby przyjąć z powrotem tę, która bawiła się z innym, a teraz wróciła, bo ją porzucono? „Wpuściłabyś mnie, gdybym odszedł?” – zapytał. Milczała. Odszedł, każąc jej zabrać swoje rzeczy i zniknąć z jego życia. „Nie mam gdzie iść”, – szepnęła. „A do mamy na wieś?” – rzucił.
Wtedy, podobnie jak dziś, jeździł po mieście do zmroku, aż się zmęczył. Postanowił: jeśli będzie w domu, spróbują zacząć od nowa. W końcu był do niej przyzwyczajony, znał ją. Ale mieszkanie było puste. Dominik nie rozczarował się. Przeanalizował to i zrozumiał: to by się nie udało. Wróciła z desperacji, a potem, znalazłszy kogoś lepszego, znowu by odeszła. Jak po czymś takim miała mu ufać?
Deszcz nasilał się, wycieraczki ledwo sobie radziły. Dominik jechał, tocząc w myślach dialog z samym sobą. Postanowił zrobić jeszcze jedno kółko, zatankować i wrócić do domu. Przed skrzyżowaniem zatrzymał się. Nagle jego wzrok przykuła kobieta stojąca pod drzewem. Młode, wiosenne liście nie chroniły przed ulewą, była kompletnie przemoczona, wpatrzona w pustkę. Czerwone światło zaraz zmieni się na zielone, a ona wciąż stoi. Na kogo czeka? A może, tak jak on kiedyś, nie wie, dokąd iść?
Zapaliło się zielone, Dominik ruszył, ale niemal natychmiast zawrócił. Otworzył okno i trąbił. Kobieta ani drgnęła. „Wsiadaj! Dokąd cię podwieźć?” – krzyknął. Powoli odwróciła głowę. Łzy czy deszcz na jej twarzy? „Nie mogę tu długo stać”, – ponaglił. Kobieta, ledwo poruszając nogami, podeszła i wsiadła. Jej usta drgnęły, ale uśmiech nie wyszedł. „Tapicerka zmoknie”, pomyślał Dominik, włączając podgrzewanie siedzeń.
Przesunęła ręką po mokrych włosach, próbując naciągnąć rąbek sukienki na kolana. Tkanina przywarła. „W schowku są chusteczki”, powiedział Dominik, ruszając z miejsca. Wzięła chusteczkę, otarła twarz. Jechali w milczeniu. „Dokąd cię zawieźć?” – w końcu zapytał. „Nie mam dokąd”, odparła cicho. Jej głos był miękki, ale słychać w nim było bezbrzeżną rozpacz. „No i wtopiłem się”, przemknęło mu przez myśl. „Przypomniałam sobie. Na dworzDominik spojrzał na nią i powiedział: „To może chociaż na kawę przed dalszą drogą?”.



